Myśli w kratkę

Posted by: xTom in Dobre wieści 3 Comments »

Wiele godzin w kon­fe­sjo­nale. Tak mija kolejny Wielki Post. I naszły mnie myśli naj­prost­sze z tych kilku lat spo­wia­da­nia. Uczy­łem się spo­wia­dać i uczę się nadal na błę­dach. Może Bóg mi wyba­czy wszyst­kie grze­chy tam popeł­nione. W każ­dym razie myśli naj­prost­sze, dla nie­któ­rych głu­pie, zza kra­tek kon­fe­sjo­nału. Do wyko­rzy­sta­nia rów­nież poza.

1. Jeśli mówisz komuś prawdę to tylko z miło­ścią. Bez miło­ści nie mów prawdy.

2. Są różne duchowe „pojem­no­ści“. Nie każdy musi być św. Janem od Krzyża i ma do tego święte prawo.

3. Bóg to nie kieł­basa, nie musisz Go czuć.

4. Nie oce­niaj czło­wieka. Nie wiesz jak­byś się zacho­wał na jego miejscu.

5. Jeśli o kimś mówisz, mów dobrze. Jeśli nie potra­fisz powie­dzieć cze­goś dobrego o czło­wieku, nie mów nic.

6. Bądź z dru­gim tu i teraz. Jeśli jest już począ­tek modli­twy powszech­nej, a ty bra­cie przyj­mu­jesz do kon­fe­sjo­nału kolejną osobę, to ryzy­ku­jesz. Wiesz, że musisz wyjść zebrać tacę za chwilę. A jeśli ktoś przyj­dzie po czter­dzie­stu latach? Lepiej wyjść, prze­pro­sić i potem wró­cić. Można kogoś upo­ko­rzyć bra­kiem czasu. Pamię­tam jedną roz­mowę z moim prze­ło­żo­nym. Sprawa doty­czyła dosłow­nie życia i śmierci. Prze­ło­żony się spóź­nił ( i nie to jest naj­waż­niej­sze), następ­nie poświę­cił mi 45 sekund roz­mowy na kory­ta­rzu. Poczu­łem się upo­ko­rzony. Bądź z dru­gim tu i teraz. Ludzie mówią, że czas to pie­niądz, a bodaj Ste­fan kar­dy­nał Wyszyń­ski, mawiał czas to miłość. Dajesz czas, dajesz miłość.

7. Tak spo­wia­dasz innych, jak sam się spowiadasz.

8. Nie jesteś Zba­wi­cie­lem świata. Kom­pleks mesja­sza zabije naj­pierw peni­tenta (dru­giego), póź­niej ciebie.

9. Cza­sem lepiej powie­dzieć „nie wiem co Ci powie­dzieć“, niż cyto­wać pod­ręcz­niki do psychologii.

10. Zawsze będziemy potrze­bo­wać kon­fe­sjo­nału i to jest praw­dziwa Dobra Nowina.

11. Grzech nie jest pierw­szy i naj­waż­niej­szy przed Bogiem, a „tam gdzie grzech tam roz­lała się łaska“.

12. Pozwól czło­wie­kowi mówić, nie prze­ry­waj, nawet jeśli to nie grze­chy. Jeśli wypo­wiada cier­pie­nie, wypo­wiada rze­czy dla sie­bie ważne, otwiera rany.

13. Lepiej zakła­dać dobrą wolę u innych. W kon­fe­sjo­nale nie ze swo­jego dajesz.

14. Cza­sem dystans do sie­bie i humor jest naj­lep­szą psy­cho­te­ra­pią, zgod­nie ze sło­wami ks. Fedo­ro­wi­cza „bło­go­sła­wieni, któ­rzy umieją się śmiać z samych sie­bie, albo­wiem oni zawsze znajdą powód do radości“.

15. Jesteś tylko osioł­kiem, który nie­sie Pana Jezusa. Nie na twoją cześć tłumy wiwa­tują i jeśli ktoś chcę cię, jako kapłana poca­ło­wać w dłoń, to miej na tyle pokory, aby na to pozwolić.

16. Czło­wiek nie potrafi ory­gi­nal­nie zgrze­szyć. Po kilku latach w kon­fe­sjo­nale, księża to wie­dzą. Jeśli kon­fe­sjo­nał cię nudzi z tego powodu, to pew­nie zaj­mu­jesz się w nim grze­chami. Czło­wiek się nie nudzi, nudzą się rzeczy.

17. Bądź naj­pierw czło­wie­kiem, potem męż­czy­zną i na końcu księ­dzem. Odwró­ce­nie kolej­no­ści kogoś porani.

18. Zakła­daj do kon­fe­sjo­nału komżę, taca nie jest ósmym sakra­men­tem :)

Jakieś dopo­wie­dze­nia? Myśli?
Zapra­szam do komentowania

Jeste­śmy bli­sko Ogrodu. Ostat­nia pro­sta. Przy­glą­damy się czło­wie­kowi.
Tysiące lat temu autor psalmu 8 pytał „Kimże jest czło­wiek, że o nim pamię­tasz i syn czło­wie­czy, że trosz­czysz się o niego?„
Nie­wie­rzący stają wobec tego pyta­nia sami. Nie ma bowiem nikogo, kto mógłby dać odpo­wiedź. Wie­rzący stają z tym pyta­niem w obli­czu Boga. I zna­leźć można w czło­wieku prze­bły­ski geniu­szu. Spo­ty­kamy je w sztuce, muzyce, lite­ra­tu­rze. Są i w czło­wieku pokłady ciem­no­ści i okru­cień­stwa. Te spo­ty­kamy w histo­rii i codzien­no­ści, czy­ta­jąc nagłówki gazet. Jeden tylko czło­wiek wie co jest w czło­wieku i kim jest czło­wiek. Jeden tylko czło­wiek, który jest jed­no­cze­śnie Bogiem.

W naszej kolej­nej odsło­nie mądro­ści popiołu przyj­rzymy się pęk­nię­ciu, które nastą­piło w Raju, a które skut­kuje sub­tel­nym mira­żem w naszym wnę­trzu.
Każdy z nas pamięta jak w dzie­ciń­stwie zło­ścił się na rodzi­ców za to, że zmu­szają nas do cho­dze­nia do szkoły, mycia zębów, jedze­nia szpi­naku i tysiąca innych rze­czy. Po latach, cza­sem samemu będąc rodzi­cami, postę­pu­jemy iden­tycz­nie jak nasi rodzice. Tę naiwną ana­lo­gię możemy prze­nieść na Boga i nas. Są bowiem rze­czy, któ­rych chcemy i takie, któ­rych potrze­bu­jemy. Tak jak w czło­wieku są dwie wer­sje rze­czy­wi­sto­ści. Ta ofi­cjalna, dyk­to­wana przez nas rozumu, wyko­rzy­stu­jąca inte­li­gen­cję i ta z poziomu serca, czę­sto ukryta, ale praw­dziwa. Pęk­nię­cie, które doko­nało się w Ogro­dzie. Nasza powrotna droga, to podróż do pra­gnień i wydo­by­cie prawdy serca. Tam Bóg daje nam to czego pra­gniemy. Nie rozu­miemy Go. Oskar­żamy jak naszych rodzi­ców, któ­rzy naka­zują nam zakła­da­nie sza­lika w mroźny dzień. Chcemy od Boga róż­nych rze­czy, pod­czas gdy On daje nam to, czego potrze­bu­jemy. Syn mar­no­trawny odcho­dząc powie­dział Ojcu „Daj mi“. Kiedy wra­cał, powie­dział „Uczyń mnie“. Zasad­ni­cza róż­nica. Łotr na krzyżu chciał od Jezusa, tylko wyzwo­le­nia ze słusz­nej kary, Dobry Łotr ufał, mówiąc „Wspo­mnij na mnie“. Ile to mówi o naszej modlitwie…

Ile to mówi o naszym postrze­ga­niu Boga. Adam scho­wał się w krzaki ze stra­chu, dopiero po grze­chu. Strach przed Nim poja­wia się w sytu­acji grze­chu. Nasza podróż to droga przez obraz Boga i nasze pra­gnie­nia. Sub­telne fata­mor­gany na pustyni, w dro­dze do Ogrodu to nasze ofi­cjalne wer­sje, ser­wo­wane przez rozum. Pro­sty test: Kim jest dla Cie­bie Bóg?
Naj­prost­sze odpo­wie­dzi to gotowe defi­ni­cje: Ojciec, Stwórca, Pan. Wszyst­kie praw­dziwe. Więc drą­żymy dalej. Nazwij, opisz te momenty w swoim życiu, w któ­rych był dla cie­bie Ojcem.
Czym jest modli­twa? Roz­mową z Bogiem!
Tak? A co On ci ostat­nio powiedział?

Iden­tycz­nie rzecz ma się z nami. Z pyta­niem z początku tek­stu. Kim jestem? Co jest w moim wnę­trzu? Czy to, co nazy­wam „ja“ jest praw­dziwe? Zda­rza się bowiem, że to tylko odbi­cie, sztuczne, nie­wy­raźne. Można je zaob­ser­wo­wać kiedy pytamy o niebo. Czym ono jest? Jeśli pra­gniesz kon­ty­nu­acji ziem­skiego życia tylko na wyż­szym pozio­mie, wśród przy­jem­no­ści, które nigdy się nie skoń­czą, to praw­do­po­dob­nie trwasz w złu­dze­niu o sobie. Cza­sem przy­biera to postać łagod­niej­szą w myśli o spo­tka­niu w nie­bie naszych bli­skich jako pod­sta­wo­wym źró­dle naszej rado­ści. „Niebo dla ego byłoby pie­kłem dla wszyst­kiego poza nim, nie­sa­mo­witą pro­jek­cją chci­wo­ści“. Śmierć, o któ­rej pisa­łem ostat­nio, jest tak prze­ra­ża­jąca, ponie­waż odsła­nia nasze praw­dziwe „ja“. O ile mamy z nim kon­takt już tu na ziemi, o tyle łatwiej nam przyj­dzie „prze­żyć“ wła­sną śmierć. Pozo­sta­nie bowiem to, co w nas praw­dziwe, z Boga, nasze „self“. Ego jest tylko wyobra­że­niem owego „self“. Utkani jeste­śmy z miło­ści i dla miło­ści (Miło­ści). To nasze „self“. Odbi­cie widać w ego. W tym, co zro­bi­li­śmy z miło­ścią, w tym jak kochamy. W grze­chach, w któ­rych rzu­camy się na każdy ochłap miło­ści. Jest w tym coś dia­bo­licz­nego. Mówi się bowiem, że sza­tan jest małpą Boga. A więc wszystko co z Boga w nas jest zmał­po­wane, jest rów­nież dia­bel­skie. Na tym polega nie­bez­pie­czeń­stwo ego. W chwili śmierci, zoba­czymy kim naprawdę byli­śmy i to będzie zapro­sze­niem do nieba lub tre­ścią prze­ra­że­nia na wiecz­ność. Wyobraź sobie na przy­kład, że to co nazy­wasz miło­ścią, nią nie jest. To już tu na ziemi sta­nowi kosz­mar. A pomno­żone przez nie­skoń­czo­ność wiecz­no­ści jest pie­kłem. Wiecz­nym wyrzu­tem sumie­nia.
Od dzie­ciń­stwa patrzy­li­śmy w oczy innych ludzi. Prze­glą­da­li­śmy się w ich twa­rzach. Obser­wo­wa­li­śmy kiedy nasze zacho­wa­nie się podoba, a kiedy nie. Po latach takie kształ­to­wa­nia obrazu sie­bie, nie wiemy kim jeste­śmy. Wytwo­rzy­li­śmy ego. Przed Bogiem rów­nież usi­łu­jemy grać. Ale On wie kim jeste­śmy. Dla­tego się boimy. W każdą nie­dzielę recy­tu­jemy Credo, zbiór for­muł. Pięk­nych i popraw­nych. One są jak jak repre­zen­ta­cyjny pokój. Prawda o nas wcho­dzi kuchen­nymi drzwiami, to strach. Boimy się śmierci, ludz­kich opi­nii, zdrady. To miej­sce dla wiary. Tu pozna­jemy kim jeste­śmy i komu ufamy wbrew śpie­wa­nym sło­wom „wszystko Tobie oddać pra­gnę“. To kim jeste­śmy naprawdę obja­wia się też w sytu­acjach nie­spo­dzie­wa­nych. Zupeł­nie jak w sytu­acji, gdy ude­rzymy się stopą o nocną szafkę. Lub gdy nie­spo­dzie­wa­nie drogę zajeż­dża nam inny kie­rowca. Słowa, które wtedy padają, to prawda o nas. Wra­casz z pracy, zmę­czony, padasz. I nagle syn/​żona prosi cię o coś. I czę­sto wycho­dzi prawda o nas. Ostat­nią prze­strze­nią prawdy jest moment, gdy jeste­śmy sami. Z dala od ludz­kich opi­nii. Nie musisz grać. Wra­casz do domu, nikogo nie ma. Zdej­mu­jesz gar­ni­tur i kim jesteś. Co robisz, gdy nikt nie widzi. Na jakie strony inter­ne­towe wcho­dzisz. To wszystko rzad­kie chwile, gdy doty­kamy prawdy o sobie. Czę­sto się jej boimy i ten strach puka do drzwi naszej wiary kuchen­nymi drzwiami.
Popiół odsła­nia kolejną część prawdy o nas. W Popie­lec sły­sze­li­śmy słowa ewan­ge­lii o modli­twie, poście i jał­muż­nie. Było tam jed­nak coś jesz­cze. Coś, co jak refren się powta­rzało. „A Ojciec, który widzi w ukry­ciu, odda tobie“. Znów wra­camy do począt­ków tek­stu. Jest Ojciec, który daje to, co potrzebne, nie to czego chcemy. On widzi w ukry­ciu, bo jest Ojcem zosta­wia­ją­cym nam wol­ność. Zasta­wia­ją­cym cały kosmos zabaw­kami, cze­ka­ją­cym aż za Nim zatę­sk­nimy. I rzecz ostat­nia, może naj­waż­niej­sza, „odda tobie“. Co nam odda? Skoro odda, to zna­czy, że wcze­śniej zabrał. O czym więc mowa? A skoro ewan­ge­li­sta tego, nie opi­sał, zna­czyć to może, że nie można tego opi­sać.
Z tymi pyta­niami was zostawię…

Sita Sokra­tesa

Posted by: xTom in Informacje 18 Comments »

W związku z moim odej­ściem z para­fii kościelny PUDE­LEK, wypu­ścił infor­ma­cje, które w dro­dze zwrot­nej tra­fiły do mnie pod nastę­pu­jącą posta­cią:
– wer­sja A (jestem zwy­kłym pedo­fi­lem)
– wer­sja B (jestem pedo­fi­lem homo­sek­su­ali­stą)
– wer­sja C (jestem zwy­kłym homo­sek­su­ali­stą)
– wer­sja D (jestem cho­rym psy­chicz­nie pedo­fi­lem homoseksualistą).

Otóż żeby potwier­dzić powyż­sze dane dodam jesz­cze od sie­bie, że zamiast stóp mam zgrabne kopyta a wie­czo­rami roz­bi­jam się po mie­ście czarną Wołgą szu­ka­jąc ofiar mojej perwersji.

Nie jestem święty, ale gdyby tak każdy ksiądz roz­pra­wia­jący tak gor­li­wie przy nie­dziel­nym obie­dzie o przy­czy­nach mojego odej­ścia, z równą gor­li­wo­ścią roz­my­ślał o wła­snych grze­chach, świat może byłby nieco lepszy.

Wobec braku kolej­nych tema­tów przy nie­dziel­nym obie­dzie na ple­ba­nii, nie­któ­rym suge­ruję poczy­tać czym jest tzw. zasada trzech sit Sokra­tesa, a tym poboż­niej­szym ponowne posy­pa­nie popio­łem.
Tym razem języka.

Wer­sja hard: poroz­ma­wiaj­cie o Panu Jezu­sie lub aktu­al­nej Ewangelii.

Jeśli ktoś poczuł się tym tek­stem dotknięty, to pro­szę dopi­sać do listy moich praw­dzi­wych i domnie­ma­nych grze­chów jesz­cze jeden, mia­no­wi­cie „cham“.

Jezus przy­był do mia­steczka sama­ry­tań­skiego, zwa­nego Sychar, w pobliżu pola, które Jakub dał synowi swemu, Józe­fowi. Było tam źró­dło Jakuba. Jezus zmę­czony drogą sie­dział sobie przy studni. Było to około szó­stej godziny.

Nade­szła tam kobieta z Sama­rii, aby zaczerp­nąć wody. Jezus rzekł do niej: „Daj Mi pić“. Jego ucznio­wie bowiem udali się przed­tem do mia­sta dla zaku­pie­nia żyw­no­ści. Na to rze­kła do Niego Sama­ry­tanka: „Jak­żeż Ty, będąc Żydem, pro­sisz mnie, Sama­ry­tankę, bym Ci dała się napić?“ Żydzi bowiem nie utrzy­mują sto­sun­ków z Sama­ry­ta­nami. Jezus odpo­wie­dział jej na to: „O, gdy­byś znała dar Boży i wie­działa, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić — pro­si­ła­byś Go wów­czas, a dałby Ci wody żywej“.

Powie­działa do Niego kobieta: „Panie, nie masz czer­paka, a stud­nia jest głę­boka. Skądże więc weź­miesz wody żywej? Czy Ty jesteś więk­szy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę stud­nię, z któ­rej pił i on sam, i jego syno­wie, i jego bydło?“ W odpo­wie­dzi na to rzekł do niej Jezus: „Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pra­gnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pra­gnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, sta­nie się w nim źró­dłem wody wytry­sku­ją­cej ku życiu wiecznemu“.

Rze­kła do Niego kobieta: „Daj mi tej wody, abym już nie pra­gnęła i nie przy­cho­dziła tu czer­pać“. A On jej odpo­wie­dział: „Idź, zawo­łaj swego męża i wróć tutaj“. A kobieta odrze­kła Mu na to: „Nie mam męża“. Rzekł do niej Jezus: „Dobrze powie­dzia­łaś: Nie mam męża. Mia­łaś bowiem pię­ciu mężów, a ten, któ­rego masz teraz, nie jest twoim mężem: To powie­dzia­łaś zgod­nie z prawdą“.

Rze­kła do Niego kobieta: „Panie, widzę, że jesteś pro­ro­kiem. Ojco­wie nasi odda­wali cześć Bogu na tej górze, a wy mówi­cie, że w Jero­zo­li­mie jest miej­sce, gdzie należy czcić Boga“. Odpo­wie­dział jej Jezus: „Wierz Mi, nie­wia­sto, że nad­cho­dzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jero­zo­li­mie nie będzie­cie czcili Ojca. Wy czci­cie to, czego nie zna­cie, my czcimy to, co znamy, ponie­waż zba­wie­nie bie­rze począ­tek od Żydów. Nad­cho­dzi jed­nak godzina, owszem, już jest, kiedy to praw­dziwi czci­ciele będą odda­wać cześć Ojcu w Duchu i praw­dzie, i takich to czci­cieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czci­ciele Jego odda­wali Mu cześć w Duchu i prawdzie“.

Rze­kła do Niego kobieta: „Wiem, że przyj­dzie Mesjasz, zwany Chry­stu­sem. A kiedy On przyj­dzie, objawi nam wszystko“. Powie­dział do niej Jezus: „Jestem Nim Ja, który z tobą mówię“.

Na to przy­szli Jego ucznio­wie i dzi­wili się, że roz­ma­wiał z kobietą. Jed­nakże żaden nie powie­dział: „Czego od niej chcesz?“ lub „Czemu z nią roz­ma­wiasz?“ Kobieta zaś zosta­wiła swój dzban i ode­szła do mia­sta. I mówiła tam ludziom: „Pójdź­cie, zobacz­cie czło­wieka, który mi powie­dział wszystko, co uczy­ni­łam: Czyż On nie jest Mesja­szem?“ Wyszli z mia­sta i szli do Niego.

Tym­cza­sem pro­sili Go ucznio­wie, mówiąc: „Rabbi, jedz!“ On im rzekł: „Ja mam do jedze­nia pokarm, o któ­rym wy nie wie­cie“. Mówili więc ucznio­wie jeden do dru­giego: „Czyż Mu kto przy­niósł coś do jedze­nia?“ Powie­dział im Jezus: „Moim pokar­mem jest wypeł­nić wolę Tego, który Mnie posłał, i wyko­nać Jego dzieło. Czyż nie mówi­cie: Jesz­cze cztery mie­siące, a nadejdą żniwa? Oto powia­dam wam: Pod­nie­ście oczy i popa­trz­cie na pola, jak bie­leją na żniwo. Żni­wiarz otrzy­muje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cie­szy się razem ze żni­wia­rzem. Tu bowiem oka­zuje się praw­dzi­wym powie­dze­nie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysła­łem żąć to, nad czym wyście się nie natru­dzili. Inni się natru­dzili, a w ich trud wyście weszli“.

Wielu Sama­ry­tan z owego mia­sta zaczęło w Niego wie­rzyć dzięki słowu kobiety świad­czą­cej: „Powie­dział mi wszystko, co uczy­ni­łam“. Kiedy więc Sama­ry­ta­nie przy­byli do Niego, pro­sili Go, aby u nich pozo­stał. Pozo­stał tam zatem dwa dni. I o wiele wię­cej ich uwie­rzyło na Jego słowo, a do tej kobiety mówili: „Wie­rzymy już nie dzięki twemu opo­wia­da­niu, na wła­sne bowiem uszy usły­sze­li­śmy i jeste­śmy prze­ko­nani, że On praw­dzi­wie jest Zba­wi­cie­lem świata“.

U początku bycia chrze­ści­ja­ni­nem nie ma decy­zji etycz­nej czy jakiejś wiel­kiej idei, jest nato­miast spo­tka­nie z wyda­rze­niem, z Osobą, która nadaje życiu nową per­spek­tywę, a tym samym decy­du­jące ukie­run­ko­wa­nie“ (Bene­dykt XVI, Deus cari­tas est).

Wła­ści­wie cytat z ency­kliki papieża Bene­dykta zała­twia sprawę opisu spo­tka­nia Jezusa z Sama­ry­tanką. Wielki Post był w sta­ro­żyt­no­ści cza­sem przy­go­to­wa­nia kate­chu­me­nów do chrztu w Wielką Sobotę. Żeby więc dopro­wa­dzić do wiary, czy­tano opisy spo­tkań z Jezu­sem. Jeśli poza tym się­gano do ewan­ge­lii według św. Jana, to trzeba było przy­go­to­wać się na głę­bie mistyki.

Spójrzmy na ten tekst jak na opo­wieść o modli­twie, wszakże kobieta spo­tyka się i roz­ma­wia z Jezu­sem. Naj­krót­szą defi­ni­cją modli­twy jest prze­cież roz­mowa z Bogiem.

1. Sama­ria
To teren odrzu­cony. Żaden pobożny żyd tam nie cho­dził. W tek­ście widać dokład­nie, że nie­na­wiść doty­czyła obu stron. Kiedy więc Jezus prze­cho­dzi przez tę kra­inę, mamy pierw­szy sygnał, że modli­twa doty­czy także (a może przede wszyst­kim spraw trud­nych, odrzu­co­nych, niechcianych).

2. Godzina szó­sta
W naszej rachu­bie to połu­dnie. Czas gdy nikt nie cho­dzi po wodę z powodu upału. Przy studni kon­cen­tro­wało się życie kobiet (tro­chę tak, jak za cza­sów słusz­nie minio­nych w kolej­kach). Jeśli więc kobieta idzie w połu­dnie do studni, zna­czy to, że naj­praw­do­po­dob­niej nie chce nikogo spo­tkać. Ucieczka od spo­tka­nia w modli­twie, choć brzmi para­dok­sal­nie jest moż­liwa. Nie zawsze modląc się spo­ty­kamy Boga, czę­sto spo­ty­kamy tylko i wyłącz­nie sie­bie. U Jana ta godzina będzie rów­nież okre­ślona w pro­ce­sie Jezusa, jako moment ogło­sze­nia Jego śmierci (co ma także odnie­sie­nie do pra­gnie­nia przy studni i pra­gnie­nia z krzyża).

3. Stud­nia
Naj­po­pu­lar­niej­sze miej­sce ran­dek w Sta­rym Testa­men­cie. Przed erą Face­bo­oka ludzie spo­ty­kali się na żywo. Takie spo­tka­nia koń­czyły się mał­żeń­stwem. A więc głę­boką, intymną rela­cją męż­czy­zny i kobiety. W naszym frag­men­cie wszystko jest przy­go­to­wa­nie. To Jezus czeka na kobietę przy studni. Bóg przy­go­to­wał miej­sce spo­tka­nia (modli­twy) i czas. Żeby pod­dać jesz­cze kilka myśli o tym tek­ście trzeba zauwa­żyć, że „Sychar“ zna­czy wysu­szony, a grecki wyraz „epi“ ozna­cza, że Jezus sie­dział przy studni lub na studni sam będąc Źródłem.

Ponie­waż jest to ewan­ge­lia według św. Jana, nie spo­sób roz­pra­co­wać w krót­kim tek­ście wszyst­kich meta­for i odnie­sień. Sku­pię się więc tylko na momen­cie rozmowy.

Struk­tura tej roz­mowy (modli­twy) jest genial­nym uka­za­niem naszych ucie­czek i Bożego poszukiwania.

Daj Mi pić“ — kobieta wyciąga pro­blem kul­tu­rowy „Jak­żeż Ty będąc Żydem…„
„O, gdy­byś znała dar Boży…“ — kobieta wyciąga pro­blem prak­tyczny naj­pierw „Panie, nie masz czer­paka“. Potem pro­blem reli­gijny „Czy Ty jesteś więk­szy od ojca naszego Jakuba…“. Użyta jest tu grecka par­ty­kuła „me“, która zasad­ni­czo domaga się odpo­wie­dzi nega­tyw­nej. Łatwiej roz­ma­wiać o reli­gij­nej tra­dy­cji niż dotknąć tego, co w nas jest miej­scem bólu.
„Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam…“ — kobieta zga­dza się, bo nie chce już przy­cho­dzić w połu­dnie i wsty­dzić się „Daj mi tej wody…“.
„Idź, zawo­łaj swego męża…“ — kul­mi­na­cyjny moment. Nie można uciec. Kobieta, reaguje auto­ma­tycz­nie „Nie mam męża“. Jak ktoś słusz­nie zauwa­żył jest to odruch bez­wa­run­kowy jak reak­cja na opa­rze­nie. Natych­mia­stowa, krótka odpo­wiedź. Moment prawdy jak wtedy, gdy spo­tyka nas coś zaska­ku­ją­cego. Wtedy pozna­jemy prawdę o nas. Jeśli ktoś jest kie­rowcą, niech zwróci uwagę co staje się z jego opa­no­wa­niem, gdy ktoś zaje­dzie mu drogę. Auto­ma­tyczne reak­cje wiele o nas mówią. Wra­ca­jąc do Sama­ry­tanki. Po tym momen­cie prawdy, od razu włą­cza się mecha­nizm obronny i kolejny wycią­gnięty pro­blem „Ojco­wie nasi na tej górze…“. Kolejna zasłona dymna. Kolejny pro­blem reli­gijny. „Wiem, że przyj­dzie Mesjasz…“. Wiem, że jest Bóg. Wiem, że Jezus Chry­stus. Wiem, że Sąd Osta­teczny. Wszystko wiem. I nie ma tu żad­nego spo­tka­nia. Jeden z filo­zo­fów dia­logu Mar­tin Buber napi­sał, że naj­dłuż­szą drogą jest ta od rela­cji „Ja — to“ do rela­cji „Ja — Ty“. I dla­tego Jezus przed­sta­wia się Sama­ry­tance „Jestem Nim Ja, który z tobą mówię“.

Doko­nało się spo­tka­nie. Modli­twa jest spo­tka­niem osób.

3. Dzban
Zosta­wiła dzban. Kolejny piękny obraz. Spo­tka­nie nasy­ciło jej pra­gnie­nie. Pierw­szy sku­tek to ten zosta­wiony u stóp Jezusa dzban. Drugi to powrót do mia­sta. Już się nie wsty­dzi. Nie boi się spo­tkać ludzi, któ­rych przed chwilą uni­kała. Grzech nie jest już powo­dem izo­la­cji „powie­dział mi wszystko, co uczy­ni­łam“.
Roz­mowa z Bogiem, ucieczki, czuły punkt. Obrona przed Prawdą. W końcu nazwa­nie grze­chu po imie­niu, ale z miło­ścią i nasy­ce­nia pra­gnie­nia. To w skró­cie opo­wieść o Sama­ry­tance.
„U początku bycia chrze­ścij­ni­nem (…) jest spo­tka­nie z Osobą“.

PMsiblings_memento_mori_holy_other-777x610

„Ujrza­łem, że naj­waż­niej­sze w życiu to zara­biać na chleb i zostać radcą praw­nym; że naj­więk­szą roz­ko­szą miło­ści jest oże­nić się bogato; że bło­go­sła­wień­stwem przy­jaźni jest wza­jemna pomoc w trud­no­ściach pie­nięż­nych; że jest mądro­ścią podzie­lać zda­nie innych; że jest natchnie­niem mieć mowę przy stole; że jest odwagę nara­zić się na grzywnę 10 tala­rów; że jest ser­decz­no­ścią powie­dzieć przy obie­dzie ‘na zdro­wie’; że jest bojaź­nią bożą raz na rok przy­stą­pić do komu­nii. Ujrza­łem to wszystko i zaczą­łem się śmiać” (Søren Kierkegaard)”.

Wielką umie­jęt­no­ścią jest patrze­nie na świat z wła­ści­wej per­spek­tywy (to także nawią­za­nie do czy­tań ostat­niej nie­dzieli, gdyż sta­ram się każdy odci­nek ‘mądro­ści popiołu łączyć z czy­ta­niami). Czas spra­wia, że ina­czej oce­niamy. Mie­li­śmy bowiem w dzie­ciń­stwie ulu­bio­nego misia lub cho­mika. Kiedy miś został znisz­czony albo cho­mik zdechł, świat się zawa­lił. Mie­li­śmy w szkole pod­sta­wo­wej pierw­szą miłość, dziś już nie pamię­tamy jej imie­nia. To to wszystko w per­spek­ty­wie lat. A jeśli weź­miemy pod uwagę wiecz­ność? Jeśli nasza per­spek­tywa zosta­nie zmie­niona na punkt widze­nia Boga? Kier­ke­ga­ard ujrzał zwy­kłe rze­czy we wła­ści­wej per­spek­ty­wie i zaczął się śmiać. Dziś spoj­rzymy na życie z per­spek­tywy śmierci. To jedno z naj­trud­niej­szych zadań, wszak nie potra­fimy wyobra­zić sobie naszego nie ist­nie­nia. Tu jakby kryła się sprzecz­ność. Potra­fimy sobie wyobra­zić nasz pogrzeb, ale nie nasze nie-​istnienie. Sama myśl o śmierci czę­sto napawa nas stra­chem. Oto patrzymy na zdję­cie z tego wpisu. Część z was odczuwa strach. Nie­uchron­ność śmierci, zwłoki leżące na łóżku. Rodzeń­stwo wpa­trzone w dal, jakby ska­zane na taki sam los, tylko wyrok jest odda­lony w cza­sie. Część z was pomy­śli, że nie wypada umiesz­czać takiego zdję­cia. A jed­nak kiedy prze­glą­da­cie zdję­cia waszych rodzi­ców czy dziad­ków, to znaj­dzie­cie zdję­cia post mor­tem. Ten strach przed śmier­cią jest cha­rak­te­ry­styczny dla naszej kul­tury. Spy­chamy cho­roby i sta­rość jak naj­da­lej od nas, więc śmierć musi także być odda­loną. Bab­cia opo­wia­dała jak po śmierci mojego pra­dziadka cała rodzina trwała przy zwło­kach trzy dni modląc się. Trzy dni pod jed­nym dachem z cia­łem? Nie ze zwło­kami. To też nasza cecha, zmie­niamy słowa. Dla przy­kładu w języku angiel­skim słowo śmierć jest zapo­ży­czone ze sta­ro­nor­dyc­kiego. To dziwne, że trzeba było zapo­ży­czać słowo dla tak powszech­nego zja­wi­ska. Nastę­puje więc z jed­nej strony osła­bie­nie słów. Wra­ca­jąc do angiel­skiego można zauwa­żyć, że sta­ro­an­giel­ski znał słowa ‘ste­or­fan’ i ‘swel­tan’ ozna­cza­jące „umrzeć”. Dziś zostały już tylko kikuty tego zna­cze­nia w postaci ‘sta­rve’ (przy­mie­rać gło­dem) i ‘swel­ter’ (omdle­wać od upału). Z dru­giej strony doty­kamy bru­ta­li­za­cji śmierci w sło­wach ‘zdech­nąć’ czy ‘sztywny’. Każdy z tych ruchów jest rodza­jem ucieczki. Śmierć to być może ostatni z tema­tów przemilczanych.

Odcho­dząc jed­nak od tych aka­de­mic­kich wywo­dów, obser­wu­jemy śmierć jako kolejny z prze­ja­wów ‘mądro­ści popiołu’. Wprost wyra­ził to kapłan w popiel­cową środę mówiąc „pro­chem jesteś i w proch się obró­cisz”. Znik­niemy, odej­dziemy, umrzemy. Pra­wie wszyst­kich czeka ten los. To, co pozo­sta­nie nie będzie nami. To nawet nie ciało, to zwłoki. Tego też trudno nam się słu­cha. Naj­od­waż­niejsi księża potra­fią powie­dzieć na pogrze­bie, w cza­sie kaza­nia, wobec rodziny, że oto gro­ma­dzimy się przy zwło­kach ich bli­skich. Jeśli nawet uży­wamy wyrazu ‘ciało’ to zawsze z dodat­kiem zaimka. W trum­nie znaj­duje się ciało naszego brata, nie nasz brat. Tylko jego ciało… Sub­telna róż­nica, a tak wiele mówiąca. Kiedy sły­szysz obcy język w radiu, nie znasz go. Potra­fisz wychwy­cić sylaby man­da­ryń­skiego dia­lektu, ale nie rozu­miesz nawet słowa. Kiedy sie­dzi obok cie­bie Chiń­czyk, rozu­mie wszystko i każdy odcień pada­ją­cych słów. Ty doty­kasz ciała tego języka, tego co pod­pada pod zmy­sły, twój sąsiad dotknął ciała i duszy. Dusza nadała zna­cze­nie sło­wom.
post-mortem-memento-mori-14


Nie zamie­rzam tu poda­wać dowo­dów czy tylko intu­icji dowo­dzą­cych ist­nie­nia duszy. Ate­iści i tak będę się upie­rali, że są tylko cia­łem. I tra­giczna to per­spek­tywa, ogra­ni­cza­jąca się do zasu­nię­tej płyty na cmen­ta­rzu. „Jeste­śmy pokar­mem dla roba­ków” mówi John Keating w pięk­nym fil­mie „Sto­wa­rzy­sze­nie Umar­łych Poetów”. Dla­tego zachęca swo­ich uczniów do chwy­ta­nia dnia (carpe diem), uczy­nie­nia swo­jego życia nie­zwy­kłym. My, kato­licy, nie pro­pa­gu­jemy pesy­mi­zmu, tylko dla­tego, że umrzemy. My, wła­śnie dla­tego, że umrzemy powin­ni­śmy potra­fić pięk­nie żyć. „Nic dwa razy się nie zda­rza” napi­sała Wisława Szym­bor­ska i miała rację. Świat, w któ­rym żyjemy jest ulotny. Zachód słońca, który oglą­dasz ma w sobie coś jedy­nego, jutro prze­cież nie będzie on taki sam. W tej ulot­no­ści widzimy, że stwo­rze­nie nie jest celem samo w sobie, że nie­sie ono w sobie tajem­nicę. Świat jest otwarty, jakby dawał znak naszej wol­no­ści. Pra­gnę­li­by­śmy powie­dzieć „trwaj chwilo”, ale wiemy, że to tylko chwila i jest ulotna. Alfred de Vigny stwier­dził: „kochaj to, czego nigdy nie zoba­czysz dwa razy”. To naj­pięk­niej­szy komen­tarz do zasady carpe diem. Świat prze­mija, wraz z nim my, ludzie. Śmierć zbliża się do nas. Sły­szymy pra­wie codzien­nie o śmierci ludzi, gdzieś w tele­wi­zji. To są ‘oni’. Po jakimś cza­sie nawet nie odry­wamy się od jedze­nia kola­cji, sły­sząc o zama­chu lub kata­stro­fie samo­lotu. Śmierć robi jed­nak krok w naszą stronę i staje się „Ty”, gdy umiera nam ktoś bli­ski. I znów należy tu poło­żyć akcent na wyraz ‘nam’. Nie spo­sób po tele­fo­nie z wia­do­mo­ścią o śmierci matki, wró­cić do scha­bo­wego. W końcu śmierć zabiera nas. To śmierć, którą za Vla­di­mi­rem Jan­kélévit­chem, nazy­wamy ‘ja’. Ja umie­ram, nie ‘mi’ ktoś umarł. Umie­ram zawsze sam i nie mogę temu prze­szko­dzić. Nikt nie potrafi mi współ – czuć, ponie­waż to doświad­cze­nie jest nie­prze­ka­zy­walne. Vla­di­mir Jan­kélévitch nie był wie­rzący, ale w tym miej­scu trudno nie wspo­mnieć krzyku Jezusa z krzyża.

Jeśli i nas napawa strach przed śmier­cią, to może warto mu się przyj­rzeć. Czy jest to strach przed śmier­cią czy może przed umie­ra­niem i zwią­za­nym z tym czę­sto bólem? A może to strach wyni­ka­jący ze świa­do­mo­ści grze­chu i prze­gra­nego życia? Może w końcu to bojaźń o któ­rej napi­sano „lęk przed śmier­cią – ten, który jest nie­mal nie­zbędny do świę­to­ści – jest raczej lękiem przed Bogiem niż przed śmier­cią. To bojaźń Boża, jakby przy­kuta do okre­ślo­nych oko­licz­no­ści i jakby przy­lgnięta do obrzędu, w któ­rym Pan obja­wia się zara­zem w lęku, jaki budzi, jak i w swym miło­sier­dziu”. Warto przyj­rzeć się naszym lękom (doko­namy tego w kolej­nej osło­nie ‘mądro­ści popiołu’

):
„Czy prze­ra­że­nie nico­ścią nie jest przy­pad­kiem ostrze­że­niem? Czyż od nico­ści nie byłaby strasz­niej­sza wiecz­ność samot­no­ści, sam na sam z wła­sną nico­ścią? Ponie­waż tylko o sobie myśla­łeś i sie­bie tylko szu­ka­łeś, sie­bie mia­łeś za cen­trum wszech­świata – z sobą i tylko z sobą będziesz przez wiecz­ność, z wła­snym świa­tem wewnętrz­nym, świat zewnętrzny będzie zatarty przed twymi zmy­słami; w ten spo­sób szybko prze­nik­nie cię twoja nicość, a swą nicość będziesz miał za wieczną towa­rzyszkę” (Miguel de Unamuno).

Śmierć weszła na świat przez zawiść dia­bła (Mdr 2, 24). Ten, który odszedł od Boga zapra­gnął tego samego dla czło­wieka. I o ile czło­wiek od Boga odcho­dzi (śmierć duchowa), ana­lo­gicz­nie doko­nuje się śmierć fizyczna (jako oddzie­le­nie duszy od ciała). Czło­wiek musi odejść z raju, musi umrzeć, aby nie zosta­wał z Bogiem w sta­nie śmierci na wiecz­ność. Jeśli więc wra­camy do Ogrodu, to szli­śmy już po tęsk­no­tach i grze­chach. Te ostat­nie są śmier­cią (warto prze­czy­tać w tym kon­tek­ście Dn 13, 22. Zuzanna posta­wiona w obli­czu śmierci fizycz­nej, nazywa śmier­cią grzech). Jeste­śmy z ziemi raju i pamięć o nie­śmier­tel­no­ści w nas trwa więc tęsk­nimy za jakimś „Ja”, bo nie wiemy kim jeste­śmy skoro zmie­niamy się i umie­ramy, ale pozo­sta­jemy zawsze sobą nie­za­leż­nie ile wymie­niło się w nas kom­ple­tów komó­rek. Nie wiem kim jest „Ty”, ponie­waż nasi bli­scy umie­rają i wszel­kie nasze rela­cje tu na ziemi prze­rywa śmierć. W końcu nie wiemy co to zna­czy „być”, w spo­sób pełny i bez końca. To pamięć pro­chu. Jeste­śmy jak Adam, na któ­rego czole wypi­sano słowo ‘emeth’ (prawda), ale zni­kła gdzieś pierw­sza litera zeskro­bana grze­chem i pozo­stało słowo ‘meth’ (śmierć). Dla­tego jeste­śmy pro­chem i w proch się obró­cimy.
Wal­czymy, tułamy się, tęsk­nimy. Zada­jemy pyta­nia, na które odpo­wie­dzi nie można uzy­skać po tej stro­nie życia:

Być albo nie być, to wiel­kie pytanie.

Jestli w isto­cie szla­chet­niej­szą rzeczą

Zno­sić poci­ski zawist­nego losu

Czy też, sta­wiw­szy czoło morzu nędzy,

Przez opór wybrnąć z niego? — Umrzeć — zasnąć -

I na tym koniec. — Gdy­by­śmy wiedzieli,

Że raz zasnąw­szy, zakoń­czym na zawsze

Bole­ści serca i owe tysiączne

Wła­ściwe naszej natu­rze wstrząśnienia,

Kres taki byłby celem na tej ziemi

Naj­po­żą­dań­szym. Umrzeć — zasnąć. — Zasnąć!„
(Szek­spir, Ham­let, akt III)

Loquar ad Domi­num meum, quum sim pulvis et cinis” (będę mówił do Pana mego, choć jestem proch i popiół) jak pisze autor „O naśla­do­wa­niu Chry­stusa”. Będziemy mówić do Pana, bo On przy­po­mniał nam w Popie­lec całą ‘mądrość

popiołu’. Może więc warto jako ćwi­cze­nie wyni­ka­jące z tego tek­stu, napi­sać testa­ment. Nie w celu zapi­sa­nia naj­bliż­szym tele­wi­zora i samo­chodu, ale by się poże­gnać. Daw­niej znana była prak­tyka ćwi­cze­nia się w śmierci. Bodaj raz na mie­siąc trzeba było pomy­śleć z kim trzeba się jesz­cze pojed­nać. Kogo pro­sić o wyba­cze­nie, komu oddać co mu należne. To bar­dzo mądra prak­tyka. Warto do niej wró­cić. Ćwi­cze­nie się w śmierci, takie codzienna, wie­czorne, przed uda­niem się na spo­czy­nek. Wszystko z pyta­niem, a gdy­bym tej nocy umarł…
Jeśli trzeba iść do spo­wie­dzi to należy wzbu­dzić akt żalu (co daj Boże dosko­na­łego) i posta­no­wić kon­kret­nie spo­wiedź. Wyko­nać duchowy testa­ment. Pro­si­łem o to kan­dy­da­tów do bierz­mo­wa­nia. Nie czy­ta­łem tego. Pro­si­łem, aby napi­sali kogo chcą poże­gnać, kogo prze­pro­sić, kilka ostat­nich słów poże­gna­nia. To było dla nich trudne ćwi­cze­nie. Zma­gali się z tym długo, zanim przy­nie­śli mi ten tekst w koper­cie. I na sam koniec, św. Paweł: „Dla mnie bowiem żyć – to Chry­stus, a umrzeć – to zysk”. Po łaci­nie tekst ten nabiera smaku (Mihi enim vivere Chri­stus est et mori lucrum). W tej per­spek­ty­wie należy zapy­tać czy tra­cimy tych, któ­rzy umie­rają czy tylko tra­cimy ich z oczu. Skoro Chry­stus prze­szedł przez bramę śmierci, to warto codzien­nie umie­rać dla Boga i innych, to przy­go­tuje nas na śmierć fizyczną. To w końcu spo­tka­nie z Ojcem, „który tak bar­dzo zbliża się do nas, że umie­ramy z powodu inten­syw­no­ści tego spo­tka­nia. (…) Patrząc na zmar­łego czło­wieka, spo­glą­damy na ciało, które leży jak ubra­nie, jak płaszcz dziecka, które rzu­ciło go w pospie­chu na łóżko i wybie­gło, aby spo­tkać się z Ojcem…” (A. Pela­now­ski).

Tak więc na koniec nie będzie kolej­nego kla­sycz­nego zdję­cia post mor­tem, ale uśmiech­nięte zdję­cie dziecka, które zasnęło w ramio­nach Ojca