Zapisz jako PDF Wydrukuj

Pasja Hie­ro­nima

Posted by: xTom in Ewangelia Add comments

Spo­śród swo­ich uczniów wyzna­czył Pan jesz­cze innych sie­dem­dzie­się­ciu dwóch i wysłał ich po dwóch przed sobą do każ­dego mia­sta i miej­sco­wo­ści, dokąd sam przyjść zamie­rzał. Powie­dział też do nich: żniwo wpraw­dzie wiel­kie, ale robot­ni­ków mało; pro­ście więc Pana żniwa, żeby wypra­wił robot­ni­ków na swoje żniwo. Idź­cie, oto was posy­łam jak owce mię­dzy wilki. Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani san­da­łów; i nikogo w dro­dze nie pozdra­wiaj­cie! Gdy do jakiego domu wej­dzie­cie, naj­pierw mów­cie: Pokój temu domowi! Jeśli tam mieszka czło­wiek godny pokoju, wasz pokój spo­cznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostań­cie, jedząc i pijąc, co mają: bo zasłu­guje robot­nik na swoją zapłatę. Nie prze­chodź­cie z domu do domu. Jeśli do jakiego mia­sta wej­dzie­cie i przyjmą was, jedz­cie, co wam poda­dzą; uzdra­wiaj­cie cho­rych, któ­rzy tam są, i mów­cie im: Przy­bli­żyło się do was kró­le­stwo Boże. Lecz jeśli do jakiego mia­sta wej­dzie­cie, a nie przyjmą was, wyjdź­cie na jego ulice i powiedz­cie: Nawet proch, który z waszego mia­sta przy­lgnął nam do nóg, strzą­samy wam. Wszakże to wiedz­cie, że bli­skie jest kró­le­stwo Boże. Powia­dam wam: Sodo­mie lżej będzie w ów dzień niż temu miastu.

Nic nie zabie­rać. Ni torby, ni san­da­łów. Nie zabie­rać nic poza Bogiem. Poza Sło­wem posła­nia. Wejść mię­dzy strony Słowa i zamiesz­kać w Nim. Być bli­sko Betle­jem jak Hie­ro­nim. Codzien­nie skła­dać poca­łu­nek na księ­dze. W kapłań­skim geście schy­le­nia głowy i ado­ra­cji Słowa, które znów stało się cia­łem na kar­tach Pisma. Tak można poznać Chry­stusa. Zgod­nie z myślą Hie­ro­nima. Lub też nie poznać, kiedy pozwa­lamy Słowu spo­koj­nie zbie­rać kurz do nastep­nej kolędy. Pokorna ta Księga, w któ­rej zawarte jest Słowo. Lecz przyj­dzie czas głodu Słowa jak widział to Amos. Wtedy „Księgi się otwo­rzą karty“, a pokorne dotąd Słowo strzą­snie proch na świa­dec­two i odbę­dzie sąd nad chrze­ści­ja­nami cier­pią­cymi na wtórny analfabetyzm.

Bądź pozdro­wiona
I pochwa­lona,
I bło­go­sła­wiona,
Biblio,
Stwo­rzona przed Stwo­rze­niem,
Gdy nic jesz­cze nie było stwo­rzone,
Przed cza­sem,
Gdy czasu nie było,
Przed prze­strze­nią,
Gdy prze­strzeni nie było,
A Duch Boży uno­sił się
Nad sza­leń­stwem i zamę­tem pustki.

Powsta­łaś z gorą­cego odde­chu Pana,
Z Jego roz­pa­lo­nego tchnie­nia, Z Jego Głosu,
Będą­cego Istotą,
Zaląż­kiem i kieł­kiem
Wszech­bytu,
Biblio,
Zie­mio wiecz­nych wul­ka­nów,
Gorą­cych źródeł
I kipią­cych gej­ze­rów
Biją­cych z głębi Wie­ku­istego,
Księgo, Potężny lądzie
Wyrzu­cony na powierzch­nię nie­wi­dzial­nych wód
Wybu­chem wrzą­cej lawy
Zasty­głej w nie­bo­tyczne góry,
Księgo,
Do któ­rej codzien­nie wra­cam
Coraz uboż­szy o świat
I coraz bogat­szy
O cie­bie,
O cie­bie,
O cie­bie,
Kosmiczny mono­logu Boga.

Na skrzy­żo­wa­niu nie­zli­czo­nych cza­sów
– Prze­szłość, teraź­niej­szość i przy­szłość
Są tylko ich zni­ko­mym odpry­skiem –
Pan wywiódł cię ze swej pamięci
Na uży­tek ludz­kiego umy­słu,
W marę roz­le­głego i w miarę cia­snego,
I według pra­wi­deł,
Rzą­dzą­cych nie­po­rad­no­ścią ludzką,
Pomniej­szył nie­wy­ra­żalne do wymia­rów wyra­żal­nych,
Nie­wi­dzialne do wymia­rów widzial­nych,
I tam gdzie i te wymiary
Oka­zały się nie­do­stępne dla czło­wieka,
Stwo­rzył
Sym­bole,
Podo­bień­stwa,
Przy­po­wie­ści
I obrazy,
I uczy­nił je
Słu­żeb­ni­cami ludz­kiej nie­po­rad­no­ści,
Usi­łu­ją­cej wyra­zić nie­wy­ra­żalne.

Wtedy Pan ukształ­to­wał twoje gar­dło,
Wyrzeź­bił twoje pod­nie­bie­nie
Na podo­bień­stwo nie­bie­skiego skle­pie­nia,
Twoim war­gom i języ­kowi
Dał umie­jęt­ność two­rze­nia dźwię­ków
I tchnąw­szy w cie­bie swój Głos
Uczy­nił go Gło­sem twoim,
Gło­sie,
Gło­sie,
Widzialny Gło­sie,
Wyła­nia­jący się spoza gór Moabu,
Wscho­dzący zza pia­sków pustyni,
Pierw­szym wer­se­tem Gene­sis
Bere­szit bara Elo­him,
Świę­tym począt­kiem liter,
Zaląż­kiem zdań, roz­dzia­łów i ksiąg,
Które w ryt­mie Bożego odde­chu
Posu­wają się rów­no­cze­śnie
We wszyst­kich kie­run­kach
Jak wóz chwa­leb­nego tronu,
Gdy go na ziemi chal­dej­skiej
Nad rzeką Kebar
Ujrzał w zachwy­ce­niu
Prze­ra­żony Eze­chiel.

O Biblio,
Biblio,
Biblio,
Sto­lico Pana,
Wscho­dząca nad sza­leń­stwem bez­ładu
I prze­pa­ściami zamętu,
Módl się za tych, któ­rzy w cie­bie wie­rzą,
I za tych, któ­rzy o tobie wąt­pią,
Módl się za tych, któ­rzy cię czy­tają,
I za tych, któ­rzy nie umieją cię czy­tać,
Módl się za tych, któ­rzy cię wiel­bią,
I za tych, któ­rzy na cie­bie plwają,
Módl się za tych, któ­rzy cię zna­leźli,
I za tych, któ­rzy nie umieją cię zna­leźć,
Módl się za tych, któ­rzy żyć bez cie­bie nie mogą,
I za tych, któ­rym nie jesteś potrzebna do życia,
Módl się za tych, dla któ­rych jesteś Prawdą,
I za tych, dla któ­rych jesteś zbio­rem
Orien­tal­nych baśni.
Módl się za nami,
Biblio,
Która trwać będziesz do końca cza­sów,
Aż w Dniu Osta­tecz­nym,
Wyzna­czo­nym i utwier­dzo­nym,
Wró­cisz za góry Moabu
I za wydmy pustynne,
Tam gdzie prze­by­wa­łaś przed Stwo­rze­niem,
Gdy nic jesz­cze nie było stwo­rzone,
Do miej­sca bez miej­sca,
Do czasu bez czasu,
Ty,
Pozdro­wiona
I pochwa­lona,
I bło­go­sła­wiona,
Księgo,
Księgo,
Księgo,
Ocie­niona przez Boga,
Matko ukrzy­żo­wa­nego Mesjasza.

(Roman Brandstaetter)


Stoję na naj­wyż­szej półce two­jej domo­wej biblio­teki, wci­śnięta mię­dzy stare, pożół­kłe, od wielu lat nie tknięte tomy ency­klo­pe­dii Orgel­branda, do któ­rych jestem podobna for­ma­tem i obję­to­ścią. I tak sto­jąc od wielu lat nie dostrze­żona, nie­omal nie­wi­dzialna, spo­koj­nie medy­tuję na moim nie­we­so­łym losem. Tema­tem moich naj­częst­szych medy­ta­cji jest pyta­nie: po co kupi­łeś mnie, czło­wieku, po co zapła­ci­łeś za mnie trzy­sta zło­tych, po co dźwi­ga­łeś mnie w teczce przez mia­sto i po co mnie przy­nio­słeś do domu? Po co? Czy po to, aby prze­rzu­cić kilka moich stro­nic, prze­czy­tać pobież­nie na chy­bił tra­fił kilka wybra­nych wer­se­tów, spoj­rzeć na mnie z bogo­boj­nym drże­niem i odsta­wić naboż­nie na naj­gór­niej­szą półkę w księ­go­zbio­rze? Pamię­tam, jak raz pod­czas przy­ję­cia w twoim domu, ktoś w towa­rzy­skiej roz­mo­wie błęd­nie zacy­to­wał słowa Chry­stusa, ktoś inny je spro­sto­wał, a gdy wybu­chła mię­dzy roz­mów­cami sprzeczka, który z cyta­tów jest wła­ściwy, jeden z adwer­sa­rzy pro­sił cię o przy­nie­sie­nie Pisma Świę­tego. Pod­nio­słeś głowę i spoj­rza­łeś w moim kie­runku. Pomy­śla­łam z rado­ścią, że wresz­cie wybiła moja godzina, że podej­dziesz do półek, i wspiąw­szy się nieco na pal­cach, ujmiesz mnie za gruby grzbiet i wycią­gniesz spo­mię­dzy pożół­kłych tomów ency­klo­pe­dii Orgel­branda. Ale próżna była moja nadzieja. Twój wzrok obo­jęt­nie mnie minął, prze­śli­zgnął się po mnie jak po nie­wi­dzial­nym duchu, przez uła­mek sekundy błą­kał się po niż­szych pół­kach i – zatrzy­mał się bez­rad­nie na twa­rzach two­ich roz­mów­ców: „Nie wiem, gdzie jest… Nie wiem, gdzie ją posta­wi­łem…” – rze­kłeś. Był czas, gdy przy­pusz­cza­łam, że naby­łeś mnie po to, by móc w razie potrzeby pochwa­lić się moją obec­no­ścią w two­jej biblio­tece. Teraz dowio­dłeś swoją odpo­wie­dzią, że nie mia­łeś zamiaru sto­so­wać wobec mnie sno­bi­stycz­nego nawyku, który mimo wszystko mógłby być czę­ścio­wym wytłu­ma­cze­niem mojej egzy­sten­cji pod twoim dachem. Twoją odpo­wie­dzią roz­wia­łeś jesz­cze jedno moje złu­dze­nie. Nie wiesz, gdzie jestem… Zapo­mnia­łeś, gdzie mnie posta­wi­łeś… Słowa te wypo­wie­dzia­łeś obo­jęt­nie, bez nie­po­koju, który zazwy­czaj towa­rzy­szy myślom o przed­mio­tach zagi­nio­nych, zawie­ru­szo­nych, zapo­dzia­nych. Z bólem zro­zu­mia­łam, że minęła mnie wielka szansa wyj­ścia z tego kraju wygna­nia, jakim jest dla mnie twój księ­go­zbiór. Czy nigdy nie nastąpi mój exo­dus? Czy nigdy już nie będę stra­żo­wać na twoim noc­nym sto­liku, czy nigdy nie spo­cznę na twoim biurku, przy któ­rym pra­cu­jesz, albo na twoim stole, na któ­rym kra­jesz chleb? Więc, po co kupi­łeś mnie, czło­wieku? Po co zapła­ci­łeś za mnie trzy­sta zło­tych, po co dźwi­ga­łeś mnie w teczce przez mia­sto i po co przy­nio­słeś do domu? Po co? A potem zda­rzyło się coś, co wzbu­dziło we mnie znowu nadzieję na moje rychłe wyzwo­le­nie z zapo­mnie­nia, na które mnie lek­ko­myśl­nie ska­za­łeś. Twoje jedyne dziecko ciężko zacho­ro­wało. Wzy­wa­łeś leka­rzy, sław­nych pro­fe­so­rów. Nic nie pomo­gły lekar­stwa i zabiegi. Dziecko twoje umarło, a ty pogrą­żony w bólu i roz­pa­czy sie­dzia­łeś w swoim gabi­ne­cie, w fotelu, przy zapusz­czo­nych zasło­nach i nie­ru­cho­mym wzro­kiem patrza­łeś w mrok zalę­ga­jący pokój. Nie mogłeś zro­zu­mieć sensu śmierci two­jego dziecka, począ­łeś wąt­pić o sen­sie wła­snego życia, nie umia­łeś dociec, dla­czego cierpi nie­winne dziecko, a grzesz­nik żyje i bez­kar­nie tuczy się krzywdą bliź­niego, dla­czego bez­li­to­sny los na ślepo w czło­wieka ude­rza. I wtedy serce we mnie gwał­tow­nie zabiło, bo pomy­śla­łam, że wła­śnie teraz nade­szła chwila, gdy wsta­niesz z fotela, zapa­lisz świa­tło elek­tryczne i zaczniesz mnie szu­kać, pospiesz­nie szu­kać, gorącz­ko­wym wzro­kiem biec będziesz po ozdob­nych grzbie­tach ksią­żek, i wresz­cie po tylu, tylu latach znaj­dziesz mnie wci­śniętą mię­dzy tomy sta­rej ency­klo­pe­dii, strzą­śniesz ze mnie siwy pył, otwo­rzysz i wyczy­tasz w moich wer­se­tach słowa pocie­chy o życiu, śmierci i nie­śmier­tel­no­ści. I znowu się roz­cza­ro­wa­łam. I znowu prze­ży­łam jesz­cze jedno złu­dze­nie. Ostat­nie. Nie wsta­łeś z fotela i nie zaświe­ci­łeś świa­tła elek­trycz­nego. Sie­dzia­łeś bez ruchu, pogrą­żony w roz­pa­czy z nie­zli­czo­nymi zapy­ta­niami na ustach, które nie umiały ci udzie­lić odpo­wie­dzi. Więc, po co kupi­łeś mnie, czło­wieku? Po co zapła­ci­łeś za mnie trzy­sta zło­tych, po co dźwi­ga­łeś mnie w teczce przez mia­sto i po co przy­nio­słeś do domu? Po co? A potem umarła twoja żona, a ty ugią­łeś się pod nowym cio­sem, sta­łeś się nie­do­łęż­nym star­cem, prze­sta­łeś wycho­dzić na mia­sto i tylko prze­cha­dza­łeś się po pustym miesz­ka­niu, od czasu do czasu przy­sta­wa­łeś w oknie, patrza­łeś na ulicę, na spie­szą­cych prze­chod­niów, nie rozu­mie­jąc, po co oni żyją, po co sam jesz­cze żyjesz i po co ist­nieje świat. I pew­nego dnia umar­łeś. Szybko zja­wili się spad­ko­biercy i likwi­du­jąc miesz­ka­nie, kiwali smut­nie gło­wami nad twoim docze­snym mająt­kiem. Jeden zna­lazł mnie wśród ksią­żek zrzu­co­nych bez­ład­nie na pod­łogę. Schy­lił się, pod­niósł mnie i obej­rzał, otrze­pał mnie z gru­bej war­stwy pyłu i rzekł drżą­cym od tkli­wego wzru­sze­nia gło­sem do sto­ją­cego obok mło­dzieńca: „Widzisz? Twój stryj nie­bosz­czyk, Panie świeć nad jego duszą, był poboż­nym czło­wie­kiem. Miał Biblię. Weź sobie z niego przykład”.


(Roman Brandstaetter)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

2 Responses to “Pasja Hie­ro­nima”

  1. MAK. Says:

    O mojej Biblii :

    http://​moni​qu​ami​321​.blog​.onet​.pl/​B​I​B​L​I​A​,​2​,​I​D​4​1​5​2​5​3​588,n

  2. Jarek Says:

    Nie zna­jo­mość Pisma Św. jest nie zna­jo­mo­ścią Chry­stusa“ Św. Hieronim!!!

Leave a Reply