„I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową,
bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły
i morza już nie ma.
I usłyszałem donośny głos mówiący od tronu:
«Oto przybytek Boga z ludźmi:
i zamieszka wraz z nimi
i będą oni Jego ludem,
a On będzie «Bogiem z nimi».
I otrze z ich oczu wszelką łzę,
a śmierci już odtąd nie będzie.
Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu
już odtąd nie będzie,
bo pierwsze rzeczy przeminęły».
«Oto wszystko czynię nowe»
«Stało się.
Jam Alfa i Omega,
Początek i Koniec.
Ja pragnącemu
dam darmo pić ze źródła wody życia».
I ukazał mi rzekę wody życia,
lśniącą jak kryształ,
Wypływającą z tronu Boga i Baranka.
Pomiędzy rynkiem Miasta a rzeką,
po obu brzegach,
Drzewo życia, rodzące dwanaście owoców –
wydające swój owoc każdego miesiąca –
a liście drzewa służą do leczenia narodów.
Błogosławieni, którzy płuczą swe szaty,
aby władza nad drzewem życia do nich należała.
I kto odczuwa pragnienie, niech przyjdzie,
kto chce, niech wody życia darmo zaczerpnie.
Wtedy przejrzą oczy niewidomych
i uszy głuchych się otworzą.
Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń
i język niemych wesoło krzyknie.
Bo trysną zdroje na pustyni
i strumienie na stepie;
spieczona ziemia zmieni się w pojezierze,
spragniony kraj w krynice wód.
Na pustynię dostarczę wody i rzek na pustkowiu,
aby napoić mój lud wybrany.
O wszyscy spragnieni przyjdźcie do wody,
Przyjdźcie choć nie macie pieniędzy!
Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu.”
„Potem Jezus świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł:
«Pragnę».
Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust Mu podano. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł:
«Wykonało się!»
I skłoniwszy głowę oddał ducha.”
„Aż dotąd doszedł Bóg i zatrzymał się krok od nicości, tak blisko naszych oczu”.
„Wykonało się” – sens przychodzi, jest dany, bym nie był skazany na wieczne, nieudolne wytwarzanie go. Choć tak niewiele rozumiem ze swojego życia – „wykonało się”.
W swym pragnieniu chcesz bym przyszedł do Ciebie, a wypełnisz moje serce i uzdrowisz moje rany. Uczynisz mnie na nowo i dasz mi pokój, ponieważ dla ciebie, w całym świecie nie ma nikogo ważniejszego ode mnie.
To wszystko, czego szukałem poza Tobą, uczyniło mnie jedynie bardziej pustym.
Nie ma znaczenia, jak bardzo się oddaliłem, nie ma znaczenia, jak często zapominałem o Tobie. Nie ma znaczenia, ile krzyży noszę w swoim życiu, ile razy płakałem z powodu zmarnowania kolejnej szansy. Przyszedłeś by przejąć moją klęskę w Twoim krzyżu i przemienić w radość moje przekraczanie siebie w powołaniu, którym mnie obdarzasz.
Jest tylko jedna rzecz, która nigdy się nie zmieni: PRAGNIESZ MNIE – takim jakim jestem. Pragniesz mnie żyjącego w samotności, żyjącego w małżeństwie czy kapłaństwie. Szukasz mnie w każdej chwili dnia i nocy. Stoisz u drzwi mego serca i kołaczesz.
Patrzę na Krzyż, patrzę na Twoje serce przebite dla mnie. Chcę zrozumieć Twój krzyż, wsłuchać się w wypowiedziane tam słowa, ponieważ one mówią mi wyraźnie dlaczego zniosłeś to dla mnie:
Pragnę.…
Nie chcę już płakać nad Tobą, chcę przedrzeć się przez zewnętrzną powłokę zdarzeń i szukać najgłębszego sensu tego, w czym uczestniczę. Chcę jak niewiasty na Twojej drodze zrozumieć, że jest inny napój dający życie, inny niż łzy. Chcę zapłakać nad sobą, radując się jednocześnie twym miłosierdziem.
Całe życie czekałeś na moją miłość. Nigdy nie przestałeś mnie kochać i pragnąć. Chcę otworzyć drzwi mojego serca, podejść wystarczająco blisko i usłyszeć Ciebie, powtarzającego, że kochasz mnie dla mnie samego.
Smutek napierający ze wszystkich stron, w środku życia prowadzi Cię do śmierci.
To jest godzina.
Opuszczenie przez uczniów, łączność z Ojcem jeszcze tylko przez kielich, który jeśliby to było możliwe, zostałby zabrany, jednak „nie to, co Ja chcę, ale co Ty.” Cała łączność, jaka Ci pozostała, na końcu będzie doświadczana już tylko jako opuszczenie przez Ojca.
Zanurzasz się w ciemność, z której nie wyjdzie ani jedno Twoje słowo. Pomimo jednak odrzucenia ostatniej godziny nie ma serca, które byłoby tak bardzo przepojone radością jak Twoje. „Piekło” zaciemnionej miłości, poza wszelką przyjemnością, stanowi zasadniczą i obnażoną rzeczywistość miłości i bezzasadnej, wolnej, radości z wydania siebie. Nie chcę więc już płakać nad Tobą, gdyż teraz Ty pragniesz pociechy ode mnie, pragniesz pociechy miłości ofiarnej, czystej i delikatnej.
Na krzyżu twardym jak mój krzyż, niczym duch bez ojczyzny stoisz na granicy między życiem a śmiercią, wylewając swoje życie w bezruchu biegnącego czasu.
Krwawe wylanie miłości w krzyżowym chrzcie, który pozwala Ci rzucić ogień na ziemię, pozwala też rozbłysnąć światłu z najdalszych krańców ciemności, by oświecać moje życiowe powołanie.
Jednak to drzewo jest drzewem życia, drzewem wiecznie zielonym. Jest dla mnie zbawieniem i źródłem. Nim się karmię. Zakorzeniam się w jego korzeniach, rozprzestrzeniam się w jego gałęziach. Jest ono nieśmiertelną rośliną, która tkwi między niebem a ziemią, jest podporą wszystkich rzeczy, fundamentem wszechświata.
Uwielbiam cię drzewo surowe, boś kryło barki Pana w krwawych okiściach.
Ten triumf życia dokonuje się w krzyku opuszczenia przez Boga, w ciemnościach, w piciu kielicha, w zanurzeniu w śmierć i piekło.
Miłość zstąpiła tak głęboko, na dno miłości – dno agonii, że nic nie odbierze jej miejsca i stamtąd wytryska życiem. Ta miłość ściga mnie, idzie za mną.
Do końca.
Kocha mnie wbrew mej wolności.
Bo czy Miłość potrafi robić coś innego niż kochać?
Nie, nie potrafisz robić nic innego jak tylko kochać i dlatego pod ciężarem miłości przyszedłeś, by dać mi życie i wskazać mi drogę. Przyszedłeś, by pokazać mi, że otchłań miłości jest zawsze głębsza niż otchłań rozłączenia, że jestem bardziej kochany niż grzeszny – więcej wart niż moja wina.
Patrzę na poszarpane ciało. Każde zranienie, każde stłuczenie, każda otwarta rana zadają mi pytania. Proszę więc tylko byś Twoimi ranami uleczył moje rany, swoją krwią oczyścił moją krew. Byś wmieszał w moje ciało zapach Twojego ciała.
Chce czerpać z tej miłości, która w Twoim krzyżu obróciła się przeciw Tobie, chcę uczyć się życia polegającego na umieraniu, gdyż tylko tak mogę wejść na drogę swojego powołania.
Stan smutku, udręczenie ciała i ducha bez granic.
Co pomyślę, zbyt rozumne.
Co odczuwam, zbyt łatwe.
Co wypowiadam, zawsze za małe.
Na kamieniach widzę odbicie Twej twarzy i wiem, że Twoja droga jeszcze się nie skończyła. Przechodzi przez rozdarte ciało człowieka, podzielone serca, rozwiedzione małżeństwa, rozbite rodziny, pracę i jej brak, tam gdzie jest najmniejsza cząstka cierpienia; tak często przechodzi także przez moje serce.
Promienie słońca tną Twoją twarz, błękit nieba sprawia oczom ból; krew, tłum, kurz. Nic nie pomaga przygryzienie warg, ciężar krzyża wbija ciało w bruk.
Nie zaciskam powiek, tak umiera Bóg – nastaje nowy czas.
Odwrócony porządek mijania, gdyż przemija się od życia ku śmierci przez ofiarę dopełniającą stworzenie, wydobywającą dobro „nowe” ze „starości” zła, przekraczającą śmierć, granicę ku nieskończoności.
Przez krzyż nawróciłeś sens i poślubiłeś mnie w najgłębszym obszarze mojego cierpienia. Krzyż nadaje bytu kierunek, wskazuje na moją drogę życia, oświetla ją i naznacza.
Krzyż to pocałunek rozgorączkowanej miłości, który pali Twoje usta i wstrząsa moim sercem. Chcesz mi pokazać znak miłości, dlatego wyrastasz ponad ziemię, na twardym drzewie przyjmującym Twoje ciało i rozciągasz na nim swoje ramiona. Chcesz mi powiedzieć, że jestem stworzony bym kochał i był kochany – tylko po to; bo powstałem z miłości i w miłość się obrócę.
Położyli Cię na ziemi i dłonie rozkrzyżowane przybili do belki. Unieśli ją w górę, jak rozpięty żagiel.
Tak Bóg odbijał od brzegów rozpaczy i okrucieństwa.
„(…) Gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda.
Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli. Stało się to bowiem, aby się wypełniło Pismo: Kość jego nie będzie złamana.
I znowu na innym miejscu mówi Pismo: Będą patrzeć na Tego, którego przebili.”
„Pragnę” – jest Twoim słowem, Twoim marzeniem, by pić z Ciebie samego. Pragniesz wody, ponieważ jesteś w agonii i pragniesz agonii, by stać się wodą.
Jeśli jednak „z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?”
Dlatego proszę Cię Panie byś kierował moje kroki, jak kroki niewiast, tylko do Ciebie samego. „Panie daj mi Twej wody, zaprowadź mnie nad strumień abym mógł popłynąć.
Pokaż mi Twoje serce, pokaż mi Twój bok, aby stamtąd popłynęła woda. Poprowadź mnie dalej, tam gdzie woda jest głębsza niż cały mój grzech. Daj mi stanąć w zatoce, abym pomógł Ci w cierpieniu krzyża, pomóż mi odnaleźć radość i szczęście.”
Tak bardzo chciałbym Panie nieustannie nasiąkać Twoją miłością, a Ty tylko wyciągasz swoje ręce na krzyżu.
Kiedy chodziłeś po ziemi dotykałeś nimi ludzi, obejmowałeś dzieci i czule dotykając uzdrawiałeś chorych, teraz na krzyżu Twoja miłość pokazuje mi co jest jej sercem. To jest miłość, która oddaje siebie, bo „nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swych.”
Miłość, która daje siebie, bym miał życie, która rozdaje siebie, bym mógł wzrastać, która wstawia się, bym żył, jak miłość matki dającej swe życie dziecku. „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona?
A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie.”
Twoje rozpostarte ręce pokazują, że dla mnie otwierasz się zupełnie. Nic Cię nie powstrzymuje. Pozwalasz w ten sposób na zupełną bliskość. Wystawiasz się bezbronny na całe zło mojego grzechu. Ufasz jednak, że w tej niemocy mój grzech zostanie pokonany przez Twoją miłość.
Kiedy krzyczysz: „Wykonało się”, mówisz o swojej nadziei, że miłość w słabości krzyża jest potężniejsza niż jakakolwiek śmierć. Pokazujesz mi, że uschłe drzewo znów może być zielonym, jeśli tylko zostanie zroszone życiodajną krwią i wodą.
Twoja miłość mogła dosięgnąć tylko tych, z którymi się spotykałeś, teraz po otwarciu Twego serca, przestały istnieć jakiekolwiek ograniczenia.
Gdy zatrzymuje się przy Twoim otwartym sercu mogę pić z tej miłości, mogę czerpać z Ciebie.
„Jak łania pragnie wody ze strumienia, tak dusza moja pragnie Ciebie,
dusza moja pragnie Boga, Boga żywego.”
W Tobie Panie mam swoją przystań, w krzyżu ciężkim i nasiąkniętym Twoją krwią, bije źródło, mogące napoić moje najgłębsze pragnienia.
„Wszystkie moje źródła są w Tobie, gdy Strumienie wód płyną z Twego wnętrza…”
Pokazujesz mi, że miłość prawdziwa podatna jest na zranienia. W tej podatności i niemocy miłość jest mocniejsza niż cała nienawiść świata i całe okropieństwo mojego grzechu.
Krew i woda płynące z Twego boku są dla mnie znakiem, że nie poddałeś się otaczającemu złu, ale dałeś w tym znaku początek wielkiemu strumieniowi, który zapłodnił i przemienił cały świat.
Twoje przebite serce wywołuje we mnie miłość. Zaprasza mnie ono do większej miłości i chce otworzyć także moje serce, by zaczęło prawdziwie kochać, by nastąpiła zamiana serc. Bym kochał tych, którzy postawieni są na mojej drodze życia.
Otwierasz swe serce bym mógł w nim zamieszkać.
„Czy miłujesz mnie?
Czy miłujesz mnie bardziej?
Czy miłujesz mnie bardziej niżeli ci?”
Ty wiesz o mojej zdradzie, o mojej niewierności, niestałości. Ty wiesz ile w mojej miłości egoizmu…ale wiesz także, że jest w moim sercu coś, co jest bardzo prawdziwe i szczere. Znasz moje pragnienie kochania Ciebie bez wyrachowania. Znasz tę głęboką tęsknotę za Twoją miłością.
„Panie,
Ty wszystko wiesz,
ty wiesz, że Cię kocham.”
Przynajmniej pragnę Cię kochać.
„Dalekie wybrzeża ciszy zaczynają się tuż za progiem (…)
Musisz stanąć i patrzeć coraz głębiej i głębiej,
aż nie zdołasz już odchylić duszy od dna.”
Chcę teraz stanąć przed Tobą w milczeniu, bo kiedy domyka się grób, na końcu męki, kiedy Słowo jest martwe, milknę. Nic nie zostaje do żęcia kiedy ziarno obumiera.
W tej ostateczności nie istnieje czas.
Chcę patrzeć na Ciebie i słuchać Twojego głosu, gdy jesteś rozdarty na krzyżu, między niebem a ziemią, między grzechem a miłością, między życiem a śmiercią. Chcę słuchać mowy Twojego krzyża, tak wąskiego, ograniczonego – mało czasu, mało przestrzeni, mało słów, ale nieskończenie bogatego miłością. Chcę w tym milczeniu zobaczyć moje życie i powołanie, chcę zobaczyć w nim Ciebie.
„Dzięki, żeś miejsce duszy tak daleko odsunął od zgiełku
i w nim przebywasz przyjaźnie otoczony dziwnym ubóstwem,
Niezmierny, lekko celkę zajmujesz maleńką,
Kochasz miejsca bezludne i puste.
Bo jesteś samą Ciszą, wielkim Milczeniem,
Uwolnij mnie już od głosu,
a przejmij tylko dreszczem Twojego istnienia (…).”
Twoje „bycie nie przyjętym” jest z góry „byciem zmiażdżonym”, pośmiertnym zniknięciem w ziemi, jest byciem wywyższonym w śmierci: jako wąż, w którym została zebrana i uśmiercona wszelka trucizna, jako Jeden, który został ofiarowany za mnie, jako chleb życia, znikający w gardzieli zdrajcy, jako światło, które świeci w ciemnościach nieogarniętych.


%205.jpg)

