Zapisz jako PDF Wydrukuj

Ado­ra­cja Krzyża

Posted by: xTom in Ewangelia Add comments

I ujrza­łem niebo nowe i zie­mię nową,

bo pierw­sze niebo i pierw­sza zie­mia przeminęły

i morza już nie ma.

I usły­sza­łem dono­śny głos mówiący od tronu:

«Oto przy­by­tek Boga z ludźmi:

i zamieszka wraz z nimi

i będą oni Jego ludem,

a On będzie «Bogiem z nimi».

I otrze z ich oczu wszelką łzę,

a śmierci już odtąd nie będzie.

Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu

już odtąd nie będzie,

bo pierw­sze rze­czy przeminęły».

«Oto wszystko czy­nię nowe»

«Stało się.

Jam Alfa i Omega,

Począ­tek i Koniec.

Ja pra­gną­cemu

dam darmo pić ze źródła wody życia».

I uka­zał mi rzekę wody życia,

lśniącą jak kryształ,

Wypły­wa­jącą z tronu Boga i Baranka.

Pomię­dzy ryn­kiem Mia­sta a rzeką,

po obu brze­gach,

Drzewo życia, rodzące dwa­na­ście owoców –

wyda­jące swój owoc każ­dego miesiąca –

a liście drzewa służą do lecze­nia narodów.

Bło­go­sła­wieni, któ­rzy płu­czą swe szaty,

aby wła­dza nad drze­wem życia do nich należała.

I kto odczuwa pra­gnie­nie, niech przyjdzie,

kto chce, niech wody życia darmo zaczerpnie.

Wtedy przej­rzą oczy niewidomych

i uszy głu­chych się otworzą.

Wtedy chromy wysko­czy jak jeleń

i język nie­mych wesoło krzyknie.

Bo try­sną zdroje na pustyni

i stru­mie­nie na stepie;

spie­czona zie­mia zmieni się w pojezierze,

spra­gniony kraj w kry­nice wód.

Na pusty­nię dostar­czę wody i rzek na pustkowiu,

aby napoić mój lud wybrany.

O wszy­scy spra­gnieni przyjdź­cie do wody,

Przyjdź­cie choć nie macie pieniędzy!

Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pra­gnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, sta­nie się w nim źródłem wody wytry­sku­ją­cej ku życiu wiecznemu.”

Potem Jezus świa­dom, że już wszystko się doko­nało, aby się wypeł­niło Pismo, rzekł:

«Pra­gnę».

Stało tam naczy­nie pełne octu. Nało­żono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust Mu podano. A gdy Jezus skosz­to­wał octu, rzekł:

«Wyko­nało się!»

I skło­niw­szy głowę oddał ducha.”

Aż dotąd doszedł Bóg i zatrzy­mał się krok od nico­ści, tak bli­sko naszych oczu”.

Wyko­nało się” – sens przy­cho­dzi, jest dany, bym nie był ska­zany na wieczne, nie­udolne wytwa­rza­nie go. Choć tak nie­wiele rozu­miem ze swo­jego życia – „wyko­nało się”.

W swym pra­gnie­niu chcesz bym przy­szedł do Cie­bie, a wypeł­nisz moje serce i uzdro­wisz moje rany. Uczy­nisz mnie na nowo i dasz mi pokój, ponie­waż dla cie­bie, w całym świe­cie nie ma nikogo waż­niej­szego ode mnie.

To wszystko, czego szu­ka­łem poza Tobą, uczy­niło mnie jedy­nie bar­dziej pustym.

Nie ma zna­cze­nia, jak bar­dzo się odda­li­łem, nie ma zna­cze­nia, jak czę­sto zapo­mi­na­łem o Tobie. Nie ma zna­cze­nia, ile krzyży noszę w swoim życiu, ile razy pła­ka­łem z powodu zmar­no­wa­nia kolej­nej szansy. Przy­sze­dłeś by prze­jąć moją klę­skę w Twoim krzyżu i prze­mie­nić w radość moje prze­kra­cza­nie sie­bie w powo­ła­niu, któ­rym mnie obdarzasz.

Jest tylko jedna rzecz, która nigdy się nie zmieni: PRA­GNIESZ MNIE – takim jakim jestem. Pra­gniesz mnie żyją­cego w samot­no­ści, żyją­cego w mał­żeń­stwie czy kapłań­stwie. Szu­kasz mnie w każ­dej chwili dnia i nocy. Sto­isz u drzwi mego serca i kołaczesz.

Patrzę na Krzyż, patrzę na Twoje serce prze­bite dla mnie. Chcę zro­zu­mieć Twój krzyż, wsłu­chać się w wypo­wie­dziane tam słowa, ponie­waż one mówią mi wyraź­nie dla­czego znio­słeś to dla mnie:

Pra­gnę.…

Nie chcę już pła­kać nad Tobą, chcę prze­drzeć się przez zewnętrzną powłokę zda­rzeń i szu­kać naj­głęb­szego sensu tego, w czym uczest­ni­czę. Chcę jak nie­wia­sty na Two­jej dro­dze zro­zu­mieć, że jest inny napój dający życie, inny niż łzy. Chcę zapła­kać nad sobą, radu­jąc się jed­no­cze­śnie twym miłosierdziem.

Całe życie cze­ka­łeś na moją miłość. Nigdy nie prze­sta­łeś mnie kochać i pra­gnąć. Chcę otwo­rzyć drzwi mojego serca, podejść wystar­cza­jąco bli­sko i usły­szeć Cie­bie, powta­rza­ją­cego, że kochasz mnie dla mnie samego.

Smu­tek napie­ra­jący ze wszyst­kich stron, w środku życia pro­wa­dzi Cię do śmierci.

To jest godzina.

Opusz­cze­nie przez uczniów, łączność z Ojcem jesz­cze tylko przez kie­lich, który jeśliby to było moż­liwe, zostałby zabrany, jed­nak „nie to, co Ja chcę, ale co Ty.” Cała łączność, jaka Ci pozo­stała, na końcu będzie doświad­czana już tylko jako opusz­cze­nie przez Ojca.

Zanu­rzasz się w ciem­ność, z któ­rej nie wyj­dzie ani jedno Twoje słowo. Pomimo jed­nak odrzu­ce­nia ostat­niej godziny nie ma serca, które byłoby tak bar­dzo prze­po­jone rado­ścią jak Twoje. „Pie­kło” zaciem­nio­nej miło­ści, poza wszelką przy­jem­no­ścią, sta­nowi zasad­ni­czą i obna­żoną rze­czy­wi­stość miło­ści i bez­za­sad­nej, wol­nej, rado­ści z wyda­nia sie­bie. Nie chcę więc już pła­kać nad Tobą, gdyż teraz Ty pra­gniesz pocie­chy ode mnie, pra­gniesz pocie­chy miło­ści ofiar­nej, czy­stej i delikatnej.

Na krzyżu twar­dym jak mój krzyż, niczym duch bez ojczy­zny sto­isz na gra­nicy mię­dzy życiem a śmier­cią, wyle­wa­jąc swoje życie w bez­ru­chu bie­gną­cego czasu.

Krwawe wyla­nie miło­ści w krzy­żo­wym chrzcie, który pozwala Ci rzu­cić ogień na zie­mię, pozwala też roz­bły­snąć świa­tłu z naj­dal­szych krań­ców ciem­no­ści, by oświe­cać moje życiowe powołanie.

Jed­nak to drzewo jest drze­wem życia, drze­wem wiecz­nie zie­lo­nym. Jest dla mnie zba­wie­niem i źródłem. Nim się kar­mię. Zako­rze­niam się w jego korze­niach, roz­prze­strze­niam się w jego gałę­ziach. Jest ono nie­śmier­telną rośliną, która tkwi mię­dzy nie­bem a zie­mią, jest pod­porą wszyst­kich rze­czy, fun­da­men­tem wszechświata.

Uwiel­biam cię drzewo surowe, boś kryło barki Pana w krwa­wych okiściach.

Ten triumf życia doko­nuje się w krzyku opusz­cze­nia przez Boga, w ciem­no­ściach, w piciu kie­li­cha, w zanu­rze­niu w śmierć i piekło.

Miłość zstą­piła tak głę­boko, na dno miło­ści – dno ago­nii, że nic nie odbie­rze jej miej­sca i stam­tąd wytry­ska życiem. Ta miłość ściga mnie, idzie za mną.

Do końca.

Kocha mnie wbrew mej wolności.

Bo czy Miłość potrafi robić coś innego niż kochać?

Nie, nie potra­fisz robić nic innego jak tylko kochać i dla­tego pod cię­ża­rem miło­ści przy­sze­dłeś, by dać mi życie i wska­zać mi drogę. Przy­sze­dłeś, by poka­zać mi, że otchłań miło­ści jest zawsze głęb­sza niż otchłań roz­łą­cze­nia, że jestem bar­dziej kochany niż grzeszny – wię­cej wart niż moja wina.

Patrzę na poszar­pane ciało. Każde zra­nie­nie, każde stłu­cze­nie, każda otwarta rana zadają mi pyta­nia. Pro­szę więc tylko byś Two­imi ranami ule­czył moje rany, swoją krwią oczy­ścił moją krew. Byś wmie­szał w moje ciało zapach Two­jego ciała.

Chce czer­pać z tej miło­ści, która w Twoim krzyżu obró­ciła się prze­ciw Tobie, chcę uczyć się życia pole­ga­ją­cego na umie­ra­niu, gdyż tylko tak mogę wejść na drogę swo­jego powołania.

Stan smutku, udrę­cze­nie ciała i ducha bez granic.

Co pomy­ślę, zbyt rozumne.

Co odczu­wam, zbyt łatwe.

Co wypo­wia­dam, zawsze za małe.

Na kamie­niach widzę odbi­cie Twej twa­rzy i wiem, że Twoja droga jesz­cze się nie skoń­czyła. Prze­cho­dzi przez roz­darte ciało czło­wieka, podzie­lone serca, roz­wie­dzione mał­żeń­stwa, roz­bite rodziny, pracę i jej brak, tam gdzie jest naj­mniej­sza cząstka cier­pie­nia; tak czę­sto prze­cho­dzi także przez moje serce.

Pro­mie­nie słońca tną Twoją twarz, błę­kit nieba spra­wia oczom ból; krew, tłum, kurz. Nic nie pomaga przy­gry­zie­nie warg, cię­żar krzyża wbija ciało w bruk.

Nie zaci­skam powiek, tak umiera Bóg – nastaje nowy czas.

Odwró­cony porzą­dek mija­nia, gdyż prze­mija się od życia ku śmierci przez ofiarę dopeł­nia­jącą stwo­rze­nie, wydo­by­wa­jącą dobro „nowe” ze „sta­ro­ści” zła, prze­kra­cza­jącą śmierć, gra­nicę ku nieskończoności.

Przez krzyż nawró­ci­łeś sens i poślu­bi­łeś mnie w naj­głęb­szym obsza­rze mojego cier­pie­nia. Krzyż nadaje bytu kie­ru­nek, wska­zuje na moją drogę życia, oświe­tla ją i naznacza.

Krzyż to poca­łu­nek roz­go­rącz­ko­wa­nej miło­ści, który pali Twoje usta i wstrząsa moim ser­cem. Chcesz mi poka­zać znak miło­ści, dla­tego wyra­stasz ponad zie­mię, na twar­dym drze­wie przyj­mu­ją­cym Twoje ciało i roz­cią­gasz na nim swoje ramiona. Chcesz mi powie­dzieć, że jestem stwo­rzony bym kochał i był kochany – tylko po to; bo powsta­łem z miło­ści i w miłość się obrócę.

Poło­żyli Cię na ziemi i dło­nie roz­krzy­żo­wane przy­bili do belki. Unie­śli ją w górę, jak roz­pięty żagiel.

Tak Bóg odbi­jał od brze­gów roz­pa­czy i okrucieństwa.

(…) Gdy pode­szli do Jezusa i zoba­czyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnie­rzy włócz­nią prze­bił Mu bok i natych­miast wypły­nęła krew i woda.

Zaświad­czył to ten, który widział, a świa­dec­two jego jest praw­dziwe. On wie, że mówi prawdę, aby­ście i wy wie­rzyli. Stało się to bowiem, aby się wypeł­niło Pismo: Kość jego nie będzie złamana.

I znowu na innym miej­scu mówi Pismo: Będą patrzeć na Tego, któ­rego prze­bili.

Pra­gnę” – jest Twoim sło­wem, Twoim marze­niem, by pić z Cie­bie samego. Pra­gniesz wody, ponie­waż jesteś w ago­nii i pra­gniesz ago­nii, by stać się wodą.

Jeśli jed­nak „z zie­lo­nym drze­wem to czy­nią, cóż się sta­nie z suchym?”

Dla­tego pro­szę Cię Panie byś kie­ro­wał moje kroki, jak kroki nie­wiast, tylko do Cie­bie samego. „Panie daj mi Twej wody, zapro­wadź mnie nad stru­mień abym mógł popłynąć.

Pokaż mi Twoje serce, pokaż mi Twój bok, aby stam­tąd popły­nęła woda. Popro­wadź mnie dalej, tam gdzie woda jest głęb­sza niż cały mój grzech. Daj mi sta­nąć w zatoce, abym pomógł Ci w cier­pie­niu krzyża, pomóż mi odna­leźć radość i szczęście.”

Tak bar­dzo chciał­bym Panie nie­ustan­nie nasią­kać Twoją miło­ścią, a Ty tylko wycią­gasz swoje ręce na krzyżu.

Kiedy cho­dzi­łeś po ziemi doty­ka­łeś nimi ludzi, obej­mo­wa­łeś dzieci i czule doty­ka­jąc uzdra­wia­łeś cho­rych, teraz na krzyżu Twoja miłość poka­zuje mi co jest jej ser­cem. To jest miłość, która oddaje sie­bie, bo „nie ma więk­szej miło­ści od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przy­ja­ciół swych.”

Miłość, która daje sie­bie, bym miał życie, która roz­daje sie­bie, bym mógł wzra­stać, która wsta­wia się, bym żył, jak miłość matki dają­cej swe życie dziecku. „Czyż może nie­wia­sta zapo­mnieć o swym nie­mow­lę­ciu, ta, która kocha syna swego łona?

A nawet, gdyby ona zapo­mniała, Ja nie zapo­mnę o tobie.”

Twoje roz­po­starte ręce poka­zują, że dla mnie otwie­rasz się zupeł­nie. Nic Cię nie powstrzy­muje. Pozwa­lasz w ten spo­sób na zupełną bli­skość. Wysta­wiasz się bez­bronny na całe zło mojego grze­chu. Ufasz jed­nak, że w tej nie­mocy mój grzech zosta­nie poko­nany przez Twoją miłość.

Kiedy krzy­czysz: „Wyko­nało się”, mówisz o swo­jej nadziei, że miłość w sła­bo­ści krzyża jest potęż­niej­sza niż jaka­kol­wiek śmierć. Poka­zu­jesz mi, że uschłe drzewo znów może być zie­lo­nym, jeśli tylko zosta­nie zro­szone życio­dajną krwią i wodą.

Twoja miłość mogła dosię­gnąć tylko tych, z któ­rymi się spo­ty­ka­łeś, teraz po otwar­ciu Twego serca, prze­stały ist­nieć jakie­kol­wiek ograniczenia.

Gdy zatrzy­muje się przy Twoim otwar­tym sercu mogę pić z tej miło­ści, mogę czer­pać z Ciebie.

Jak łania pra­gnie wody ze stru­mie­nia, tak dusza moja pra­gnie Ciebie,

dusza moja pra­gnie Boga, Boga żywego.”

W Tobie Panie mam swoją przy­stań, w krzyżu cięż­kim i nasiąk­nię­tym Twoją krwią, bije źródło, mogące napoić moje naj­głęb­sze pragnienia.

Wszyst­kie moje źródła są w Tobie, gdy Stru­mie­nie wód płyną z Twego wnętrza…”

Poka­zu­jesz mi, że miłość praw­dziwa podatna jest na zra­nie­nia. W tej podat­no­ści i nie­mocy miłość jest moc­niej­sza niż cała nie­na­wiść świata i całe okro­pień­stwo mojego grzechu.

Krew i woda pły­nące z Twego boku są dla mnie zna­kiem, że nie pod­da­łeś się ota­cza­ją­cemu złu, ale dałeś w tym znaku począ­tek wiel­kiemu stru­mie­niowi, który zapłod­nił i prze­mie­nił cały świat.

Twoje prze­bite serce wywo­łuje we mnie miłość. Zapra­sza mnie ono do więk­szej miło­ści i chce otwo­rzyć także moje serce, by zaczęło praw­dzi­wie kochać, by nastą­piła zamiana serc. Bym kochał tych, któ­rzy posta­wieni są na mojej dro­dze życia.

Otwie­rasz swe serce bym mógł w nim zamieszkać.

Czy miłu­jesz mnie?

Czy miłu­jesz mnie bardziej?

Czy miłu­jesz mnie bar­dziej niżeli ci?”

Ty wiesz o mojej zdra­dzie, o mojej nie­wier­no­ści, nie­sta­ło­ści. Ty wiesz ile w mojej miło­ści egoizmu…ale wiesz także, że jest w moim sercu coś, co jest bar­dzo praw­dziwe i szczere. Znasz moje pra­gnie­nie kocha­nia Cie­bie bez wyra­cho­wa­nia. Znasz tę głę­boką tęsk­notę za Twoją miłością.

Panie,

Ty wszystko wiesz,

ty wiesz, że Cię kocham.”

Przy­naj­mniej pra­gnę Cię kochać.

Dale­kie wybrzeża ciszy zaczy­nają się tuż za progiem (…)

Musisz sta­nąć i patrzeć coraz głę­biej i głębiej,

aż nie zdo­łasz już odchy­lić duszy od dna.”

Chcę teraz sta­nąć przed Tobą w mil­cze­niu, bo kiedy domyka się grób, na końcu męki, kiedy Słowo jest mar­twe, milknę. Nic nie zostaje do żęcia kiedy ziarno obumiera.

W tej osta­tecz­no­ści nie ist­nieje czas.

Chcę patrzeć na Cie­bie i słu­chać Two­jego głosu, gdy jesteś roz­darty na krzyżu, mię­dzy nie­bem a zie­mią, mię­dzy grze­chem a miło­ścią, mię­dzy życiem a śmier­cią. Chcę słu­chać mowy Two­jego krzyża, tak wąskiego, ogra­ni­czo­nego – mało czasu, mało prze­strzeni, mało słów, ale nie­skoń­cze­nie boga­tego miło­ścią. Chcę w tym mil­cze­niu zoba­czyć moje życie i powo­ła­nie, chcę zoba­czyć w nim Ciebie.

Dzięki, żeś miej­sce duszy tak daleko odsu­nął od zgiełku

i w nim prze­by­wasz przy­jaź­nie oto­czony dziw­nym ubóstwem,

Nie­zmierny, lekko celkę zaj­mu­jesz maleńką,

Kochasz miej­sca bez­ludne i puste.

Bo jesteś samą Ciszą, wiel­kim Milczeniem,

Uwol­nij mnie już od głosu,

a przej­mij tylko dresz­czem Two­jego istnienia (…).”

Twoje „bycie nie przy­ję­tym” jest z góry „byciem zmiaż­dżo­nym”, pośmiert­nym znik­nię­ciem w ziemi, jest byciem wywyż­szo­nym w śmierci: jako wąż, w któ­rym została zebrana i uśmier­cona wszelka tru­ci­zna, jako Jeden, który został ofia­ro­wany za mnie, jako chleb życia, zni­ka­jący w gar­dzieli zdrajcy, jako świa­tło, które świeci w ciem­no­ściach nieogarniętych.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Leave a Reply