lut 12

Gdy znowu wielki tłum był z Jezusem i nie mieli co jeść, przywołał do siebie uczniów i rzekł im: „Żal mi tego tłumu, bo już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść. A jeśli ich puszczę zgłodniałych do domu, zasłabną w drodze; bo niektórzy z nich przyszli z daleka“.
Odpowiedzieli uczniowie: „Skąd tu na pustkowiu będzie mógł ktoś nakarmić ich chlebem?“ Zapytał ich: „Ile macie chlebów?“ Odpowiedzieli: „Siedem“. I polecił ludowi usiąść na ziemi. A wziąwszy te siedem chlebów, odmówił dziękczynienie, połamał i dawał uczniom, aby je rozdzielali. I rozdali tłumowi. Mieli też kilka rybek. I nad tymi odmówił błogosławieństwo i polecił je rozdać. Jedli do sytości, a pozostałych ułomków zebrali siedem koszów. Było zaś około czterech tysięcy ludzi. Potem ich odprawił. Zaraz też wsiadł z uczniami do łodzi i przybył w okolice Dalmanuty.
Skąd tu na pustkowiu znajdziemy chleb? Tylu głodnych zmierza przez tę pustynię wielkiego miasta, w poczuciu swojej sytości. „Żal mi tego ludu…“. Schowani w krzakach, unikający Boga a jednocześnie głodni tego chodzenia w porze powiewu wiatru. Z Miłości powstaliśmy, Miłości szukamy i do Miłości chcemy wrócić. My błądzący Aramejczycy, głodni potomkowie Adama. Wzięci z ziemi rajskiej i do ziemi ogrodu na Wschodzie tęskniący. „Ile macie chlebów?“ Siedem. Wystarczy. Codziennie Wielka Miłość przychodzi w małej postaci. Chleb zdolny nakarmić głód. Ukryty Bóg, w lekkim powiewie eucharystycznego zachwytu.