Zapisz jako PDF Wydrukuj

Deus abscon­di­tus

Posted by: xTom in Ewangelia Add comments

Pro­le­go­mena?

Od momentu stwo­rze­nia Bóg wyco­fuje się ze świata, nawet akt stwór­czy uwa­run­ko­wany był według nie­któ­rych (Icchak Luria) przez cim­cum, wyco­fa­nie się Boga. Jeśli bowiem Bóg jest bytem dosko­na­łym, to musi się nie­jako samo­ogra­ni­czyć, by zro­bić miej­sce innym bytom. Stwa­rza­jąc zaś coś, co auto­ma­tycz­nie jest poza Nim, doko­nuje tego przez obda­rze­nie ist­nie­niem cze­goś lub kogoś odróż­nia­ją­cego się od Niego przez nie posia­da­nie tej samej pełni. W zało­że­niu więc jest już pewna moż­ność stwo­rze­nia do sprze­ci­wia­nia się Bogu. Zło, które potem nastą­piło, spo­wo­do­wało widze­nie Boga jako tego, który wszedł w czas i prze­strzeń, rezy­gnu­jąc z wła­snej bosko­ści, by ją odzy­skać przy końcu (H. Jonas). Bóg więc „opróż­nia się” (ekéno­sen), co w kon­tek­ście com­mu­ni­ca­tio idio­ma­tum pozwala patrzeć na Boga w Jezu­sie jako na tego, który uważa swoje bycie za stra­cone; Bóg „wybrał to, co nie jest”.

Uję­cie pasto­ralne – Bóg potrafi czekać

Bóg cze­kał całe wieki na czło­wieka, potem by czło­wieka przy­jąć do sie­bie, a teraz by czło­wiek do Niego wró­cił. Bóg jest więc pełen nadziei, któ­rej jest też źródłem. Bóg wcie­lony, Jezus Chry­stus, jed­na­jąc wszystko ze sobą prze­żywa swoje życie dla Ojca, zawdzię­cza (eucha­ri­stia) swoje ist­nie­nie Ojcu, jest więc także zrę­bem nadziei dla nas. Przy­kład Jego życia nie jest do sko­pio­wa­nia, Boga należy więc stale szu­kać. Ponie­waż zaś Bóg stał się czło­wie­kiem, czło­wiek jest w sercu Trójcy Osób. Czło­wie­czeń­stwo wzbo­gaca zatem Boga w sen­sie obja­wie­nia nam jaki jest Bóg, a także potwier­dza prawdę, że bycie czło­wie­kiem jest nie­ro­ze­rwal­nie złą­czone z Bogiem. W nie­zro­zu­mie­niu tego faktu należy upa­try­wać przy­czynę gasną­cej nadziei naszej zagu­bio­nej cywi­li­za­cji. Bóg, gdzieś w okre­sie przed­oświe­ce­nio­wym, został prze­su­nięty ze swo­jego miej­sca na rzecz antro­po­lo­gii. Gdyby jed­nak kon­se­kwent­nie przyj­mo­wać fakt Wcie­le­nia, antro­po­lo­gia nigdy nie byłaby prze­ciwna teo­lo­gii, Bóg i czło­wiek nie sta­no­wi­liby dla sie­bie kon­ku­ren­cji. Nie­stety pro­ces roz­dzie­la­nia Boga i czło­wieka dopro­wa­dził w końcu do stwier­dze­nia, że „Bóg umarł”. Kiedy więc poszu­kuje się przy­czyn post­mo­der­ni­stycz­nego nihi­li­zmu należy zwró­cić uwagę, że to antro­po­lo­gia nie – teo­lo­giczna spra­wia ide­olo­giczne wypa­le­nie. Ana­lo­giczny pro­ces miał miej­sce na prze­ło­mie er w Rzy­mie. Wypa­le­nie idei, pusta reli­gij­ność, napływ wschod­nich kul­tów, mno­że­nie się prak­tyk magicz­nych; tak koń­czyła się kul­tura sta­ro­żytna. Czy więc pierw­szy roz­dział adhor­ta­cji „Ecc­le­sia in Europa” nie jest opi­sem także tam­tych cza­sów? A może nadzieja wypły­nie ze zmę­cze­nia kul­tem współ­cze­snych wiecz­nie mło­dych „grecko – rzym­skich” bogów, jak na prze­ło­mie sta­ro­żyt­no­ści i średnio­wie­cza spo­łe­czeń­stwo zapra­gnęło cze­goś wię­cej idąc w kie­runku ascezy. Może jed­nak Hegel miał racje pisząc, że dzieje toczą się w jakimś dia­lek­tycz­nym ryt­mie. Czy bowiem nie na naszych oczach powstają współ­cze­sne termy, gdzie toczy się „praw­dziwe” życie kosz­tem świą­tyń? Czy nie na naszych oczach two­rzy się pan­teon gro­ma­dzący, co prawda wszyst­kie bóstwa, ale mimo dachu otwar­tego na to co nie wyra­żalne i przy­cho­dzące z góry, nie potrafi on znieść osoby Jezusa Chry­stusa? Dokąd dąży świat bez nadziei? Świat bez Boga? Czy osią­gnięte zostało już mak­si­mum sza­leń­stwa?[1] Czy można zepchnąć Boga tak bar­dzo by nie mówić już o Bożym Naro­dze­niu, okre­śla­jąc ten okres życze­niami „Merry Christ – mas”, potem „Merry Xmas”, a może „dobrego święta świa­tła”? Jeśli więc spy­chamy Boga w nie­byt nale­ża­łoby kon­se­kwent­nie zmie­nić jesz­cze rachubę lat, wszak licze­nie czasu od naro­dze­nia Jezusa może ura­zić czy­jeś uczu­cia reli­gijne lub ich brak. Skoro nie potra­fimy przy­jąć Boga w postaci dziecka, nie może nas też dzi­wić mor­der­stwo 50 milio­nów dzieci w łonach matek rocz­nie. To począ­tek roz­pa­czy, która jest plagą naszego wieku[2]. Nie tyle grzech i jego wyra­fi­no­wa­nie, ile roz­pacz rozu­miana jako brak nadziei na wyj­ście z sytu­acji, brak nadziei na Boże prze­ba­cze­nie, opa­da­jące ręce. Roz­pacz naszych cza­sów to też obna­żona pycha, pycha osa­mot­nio­nego rozumu, który już nie radzi sobie z rze­czy­wi­sto­ścią. Nie­któ­rzy Ojco­wie Kościoła jak np. Augu­styn byli prze­ko­nani, że żyją w cza­sie senec­tus mundi, w okre­sie docho­dze­nia do jakie­goś kresu. Upa­dało Cesar­stwo, świat ule­gał zepsu­ciu, bar­ba­rzyńcy ota­czali chrze­ści­jań­ski świat i najeż­dżali go bez lito­ści prze­śla­du­jąc wie­rzą­cych w Chry­stusa. W Kościele coraz moc­niej­sze były podziały, a zarazy doty­kały bez róż­nicy wie­rzą­cych i bez­boż­nych. Augu­styn opi­sał więc ludz­kość jako massa dam­na­tio­nis.

A Bóg potrafi cze­kać. Jest cier­pliwy nawet gdy współ­cze­śni fary­ze­usze i uczeni w piśmie pod­no­szą ręce pełne kamieni, gdy tylko wspo­mina się o bosko­ści Jezusa i o tym, że może On cze­goś wyma­gać. On prze­cho­dzi mię­dzy nimi, ukrywa się, może nawet spra­wiać wra­że­nie umar­łego. Tak, ponie­waż Jezus jest Bogiem Pas­chy, Bogiem przej­ścia. Jest Bogiem życia z twa­rzą umar­łego. Stąd roz­lega się Wiel­ko­piąt­kowe i para­dok­salne: „Ave Crux, spes unica”. „Spes unica” – nadzieja dla świata jest ukrzy­żo­wana, a krzyż jest prze­cież dla Życia. On staje się bramą, któ­rej otwar­cie to wła­śnie nadzieja. Gdy więc sytu­acja jest „bez­na­dziejna”, Bóg, który jest obo­wią­zany do tego co jest nie­moż­liwe, jako Pan rze­czy nie­moż­li­wych, jest też tym, który zawsze sły­szy krzyk nie­moż­li­wo­ści. Kiedy więc wydaje się, że Boga nie ma, kiedy jest bierny, kiedy czeka, to ocze­ki­wa­nie to też jest nadzieją, a cier­pli­wość jest sztuką wkra­cza­nia w odpo­wied­niej chwili. Czas musi się wypeł­nić. Chry­stus musi się naro­dzić, aby umrzeć. Musi być nagi prze­ży­wa­jąc swoją keno­sis oraz doświad­czyć pustki czło­wie­czeń­stwa, co dla Boga, który jest wszyst­kim sta­nowi akt naj­wyż­szej pokory. To ogo­ło­ce­nie także jest pas­chalne, bo zakoń­czone Życiem, ponie­waż źródło zawsze wytry­ska z ziemi. Tu zni­kają odstępy czasu, dzieci z Betle­jem wołają oskar­że­niem, które jest pra­wem roz­pa­czy. Tu Bara­nek staje się nosi­cie­lem ludz­kiej winy, bra­tem soli­dar­nym z obwi­nio­nymi. Jego życie od uro­dze­nia nie jest Jego wła­sno­ścią, należy do pomor­do­wa­nych dzieci w Betle­jem i wszyst­kich, które zostały zamor­do­wane w łonach matek. W cmen­tar­nej ciszy betle­jem­skiej groty Jezus nadaje kie­ru­nek życiu, w sta­nie oskar­że­nia broni Ojca, aż po dzie­le­nie losu zroz­pa­czo­nych. Zaszcze­pia nadzieję w sło­wach oskar­że­nia „Boże mój, Boże mój cze­muś mnie opu­ścił?” Idzie więc przez wieki „bara­nek jakby zabity” i w sakra­men­cie krzyża, widzial­nym znaku nie­wi­dzial­nych naro­dzin, nie­sie nadzieję, że dzie­cięc­two Boga tak wieczne jak krzyż, poko­nuje Jego samo­ist­ność. Bóg przy­cho­dzący w ciele łamie też grec­kie groby (soma – sema). To już nie sie­dli­sko fatum, zła i śmierci, czy jak dla nas lęku, ale zosta­jąc jako pokarm Bóg Wcie­lony jest zaporą przed pogań­skim rozu­mie­niem ciała. „Ciało Chry­stusa”, ta prawda była zapi­sana nad wanną gdzie kąpano trę­do­wa­tych w domu Matki Teresy w Kal­ku­cie. Słowo wcie­lone, Ciało wydane, Krew wylana…

Jezu zabity przez ludzi reli­gij­nych, zbyt cia­snych na przyj­ście Nie­ocze­ki­wa­nego, posze­rzaj moje serce, bym już wię­cej Cię nie potrze­bo­wał, ale wciąż bar­dziej pragnął.

Uję­cie filo­zo­ficzne – W poszu­ki­wa­niu Nieobecnego

Myśląc o grec­kiej przed­chrze­ści­jań­skiej filo­zo­fii, myślimy o niej jako o dro­dze przy­go­to­waw­czej do Ewan­ge­lii; dro­dze do Logosu. Myśl współ­cze­sna zaś postrze­gana jest jako droga od Logosu, ku amor­ficz­nemu[3] poję­ciu post­mo­der­ni­zmu i zwią­za­nych z tym wizji antro­po­lo­gicz­nych[4]. Nie ulega jed­nak wąt­pli­wo­ści, że współ­cze­śnie, jak w cza­sach grec­kich apo­lo­ge­tów, trzeba podej­mo­wać dia­log z myślą XX wieku[5]; „epoki post­mo­der­ni­stycz­nej”[6] odkry­wa­jąc „(…) że nawet w fał­szy­wych twier­dze­niach kryje się cza­sem ziarno prawdy (…)”[7]. Twier­dze­nia te, w dużej mie­rze tylko przy­pi­sy­wane post – moder­ni­zmowi[8], wyni­kają z roz­cza­ro­wa­nia zre­ali­zo­wa­nych postu­la­tów tzw. moderny, owo­cu­ją­cej sys­te­mami tota­li­tar­nymi, stąd więc nie­chęć post­mo­der­ni­stów do „wiel­kich meta­nar­ra­cji” i skie­ro­wa­nie ku „lek­ko­ści bytu”[9]. Teo­re­tycz­nie jed­nak pod­sta­wowe zagro­że­nie sta­nowi rów­nie nie­jed­no­znaczny nihi­lizm[10], gło­szący bez­sens filo­zo­ficz­nego czy teo­lo­gicz­nego roz­pra­wia­nia o Bogu. Roz­pacz w filo­zo­fii[11], jako dru­gie imię nihi­li­zmu nie zależ­nie od cza­sów, w któ­rych się prze­ja­wia zawsze pro­wa­dzi do poko­na­nia sym­bo­licz­nej odle­gło­ści czte­rech mil z Weimaru do Buchen­waldu[12]. Roz­pacz ta wyni­kać może także z obna­żo­nej pychy oświe­ce­nio­wego rozumu. Jed­nak sama istota filo­zo­fii polega na rady­kal­nym zapy­ty­wa­niu o całość bytów – upro­ble­ma­tycz­nie­niu wszyst­kiego, także w sto­sunku do moż­li­wych odpo­wie­dzi oraz co do „wewnętrz­nej nie­skoń­czo­no­ści zapy­ty­wa­nia filo­zo­ficz­nego”[13], zmie­rza­jąc w ten spo­sób ku pod­sta­wom prawdy o bycie.

Rady­kal­ność upro­ble­ma­tycz­nia­ją­cego filo­zo­ficz­nego zapy­ta­nia można zaob­ser­wo­wać w dzie­jach dys­kursu filo­zo­ficz­nego. Pew­ność bowiem boskiej zasady przy­rod­ni­ków, została zakwe­stio­no­wana przez apo­rie sofi­stów, myśl Pla­tona i Ary­sto­te­lesa zmie­rzyła się ze schył­ko­wym scep­ty­cy­zmem, myśl zaś średnio­wie­cza wg. nie­któ­rych[14] dopro­wa­dziła do Nie­tz­sche­ań­skiej kon­sta­ta­cji: „Bóg jest mar­twy”[15], a przy­naj­mniej sta­wiła czoło nomi­na­li­zmowi. Na grun­cie filo­zo­fii sta­ro­żyt­nej można już odna­leźć nihi­lizm meta­fi­zyczny rozu­miany jako nega­cja bytu czy sensu (Gor­giasz), poznaw­czy (scep­tycy), czy pod­sta­wowy dla współ­cze­snego rozu­mie­nia wol­no­ści (Nie­tz­sche­ań­skie „prze­war­to­ścio­wa­nie war­to­ści” czy Sartre’owska „egzy­sten­cja poprze­dza­jąca esen­cję”), pocho­dzący od Pro­ta­go­rasa, a wyra­ża­jący się w sfor­mu­ło­wa­niu „homo men­sura”.

Myśle­nie ma być może w sobie coś nihi­li­stycz­nego, kwe­stio­nu­ją­cego czy negu­ją­cego, zaczyna się bowiem od pustki – pyta­nia; „wiem, że nic nie wiem”. Pla­ton w Uczcie uka­zy­wał myśle­nie filo­zo­ficzne jako świa­dome braku, zakła­da­jące nie­wie­dzę, odsła­nia­jące nie­byt jako cień bytu w dro­dze ku niemu[16]. W tym nur­cie filo­zo­fo­wał także Hegel wska­zu­jąc na dia­lek­tyczny cha­rak­ter myśle­nia, na nie­byt jako odpo­wied­nik nega­cji, oraz na byt zawie­ra­jący sprzecz­ność ele­men­tów; tego czym jest i tego czym nie jest, wyra­ża­jąc to w meta­fo­rze podob­nego postrze­ga­nia w świe­tle jak i w ciem­no­ści[17]. Nega­cja Hegla jest jed­nak siłą włą­czona w sys­tem, co spra­wia przej­ście filo­zo­fii przez doświad­cze­nie nico­ści podobne doświad­cze­niu Chry­stusa (spe­ku­la­ti­ver Kar­fre­itag). To doświad­cze­nie, uka­zuje Hegel, jest istot­nym ele­men­tem drogi Ducha abso­lut­nego przez dzieje. Z tego powodu nega­cja (ate­izm) ma swoje miej­sce w syn­te­zie wiary i rozumu, którą Hegel uzna­wał za cel swo­jej filo­zo­fii. W ten nieco gno­stycki spo­sób, przy­po­mi­na­jący poglądy Joachima z Fiore, nastę­puje wspólna dla wszyst­kich deno­mi­na­cji mors mor­tis, smert’ poprav, tod des todes, nega­cja nega­cji; filo­zo­fia staje się teo­lo­gią filo­zo­ficzną. Ową przej­ścio­wość doświad­cze­nia heglow­skiego Nie­tz­sche uczy­nił zasadą abso­lutną, dopro­wa­dza­jąc filo­zo­fię, z natury skie­ro­waną ku Bogu, do swo­istej jego utraty.

Ta swo­istość utraty polega na postu­lo­wa­nej przez Nie­tz­schego „śmierci Boga”. Wyda­rze­nie to może jed­nak być wyra­zem miło­ści, prze­cho­dzą­cej przez doświad­cze­nie śmierci i nie – będące ostat­nim sło­wem wiary, podą­ża­ją­cej tą samą drogą przez etap ate­izmu. Śmierć Boga jest prze­cież wyni­kiem nie przej­mo­wa­nia się Jego Osobą[18], przez ate­istów (dla któ­rych prze­cież nie ist­niał), oraz przez kon­wen­cjo­nal­nie wie­rzą­cych (dla któ­rych był tylko, jako pierw­szy nie­po­ru­szony poru­szy­ciel). Ich powierz­chow­ność, zamy­ka­jąca Jego głę­bię, stała się przy­czyną „śmierci Boga”. W ten spo­sób Bóg funk­cjo­nuje w spo­łe­czeń­stwie, a Nie­tz­sche poka­zuje co jest mar­twe w euro­pej­skiej reli­gij­no­ści[19]. Nie orzeka on o nie­ist­nie­niu Boga, mówi raczej o spo­so­bie orga­ni­za­cji świata w cza­sie, gdy utra­cona została wiara w Niego, a ideą cen­tralną stał się choćby postęp czy spo­łeczna spra­wie­dli­wość, nie zapew­nia­jące jed­nak celo­wo­ści światu. Uży­wa­jąc języka Lévi­nasa można powie­dzieć, że umarł bóg potrzeby, a naro­dził się Bóg pra­gnie­nia[20]. Droga zaś do praw­dzi­wej wiary wie­dzie przez fazę ate­iza­cji (śmierć Boga potrzeby, u któ­rego czło­wiek szuka zaspo­ko­je­nia). Ten moment ruchu wiary, któ­rego eta­pem jest ate­izm, można pró­bo­wać włą­czyć w ogólny rytm życia ducho­wego[21], trak­tu­jąc go jako wewnętrzne zja­wi­sko kul­tury chrze­ści­jań­skiej, nie zaś jako nega­cję tejże z zewnątrz (M. Gau­chet, G. Vattimo).

W dro­dze tej natu­ralne są okresy oczysz­czeń[22], oschło­ści i znie­chę­ce­nia (w tym miej­scu zgodni są Psedo – Dio­nizy Are­opa­gita, Jan od Krzyża i w pew­nym sen­sie Hegel czy Tisch­ner) oraz zwią­zany z tym ból[23]. Po doświad­cze­niu absur­dal­no­ści XX wieku, być może myśl prze­szła przez krzyk opusz­cze­nia Jezusa i weszła w mil­cze­nie Wiel­kiej Soboty, stąd droga ate­istów złą­czyła się z wyda­rze­niami Wiel­kiej Nocy[24]. Z tych powo­dów myśl Nie­tz­schego stała się atrak­cyjna dla myśli­cieli pono­wo­cze­snych, pro­wo­ku­jąc jed­nak różne wnio­ski co do spo­isto­ści sys­temu autora Jutrzenki[25].

Wąt­pie­nie ujaw­nia­jące się w rady­kal­nym filo­zo­ficz­nym zapy­ta­niu sta­nowi więc formę nowego początku; także, a może przede wszyst­kim, reali­zu­jąc tę pro­ble­ma­tycz­ność w sto­sunku do samego rady­kal­nego zapy­ty­wa­nia. Pyta­nie upro­ble­ma­tycz­nia­jące samo sie­bie sta­nowi o rozu­mie­niu skoń­czo­no­ści pod­miotu jako ist­nie­niu na spo­sób pro­ble­ma­tycz­no­ści. W tej per­spek­ty­wie „miano «Bóg», w rozu­mie­niu teo­lo­gii filo­zo­ficz­nej, zna­czy zatem, że skrajna pro­ble­ma­tycz­ność zosta­wia za sobą wszelką powierz­chowną rze­czy­wi­stość, a tym samym oka­zuje się rze­czy­wi­sto­ścią naj­bar­dziej ze wszyst­kiego rze­czy­wi­stą – rze­czy­wi­stą nie w sen­sie sub­stan­cjal­nego czy oso­bo­wego ist­nie­nia, lecz w zna­cze­niu abso­lut­nej, w nie­moc spy­cha­ją­cej wszystko «rze­czy­wi­ste» sku­tecz­no­ści, którą cechuje się pro­ble­ma­tycz­ność. «Bóg» jest tym, skąd rady­kalna pro­ble­ma­tycz­ność prze­szywa wszelką rze­czy­wi­stość, a na osta­tek i samo zapy­ty­wa­nie, które wszelką domnie­ma­nie pewną rze­czy­wi­stość wpro­wa­dza w stan zawie­sze­nia. Można by powie­dzieć: «Bóg» jest pocho­dze­niem pro­ble­ma­tycz­no­ści. Tyle tylko, że słowo «pocho­dze­nie» nale­ża­łoby tu rozu­mieć cza­sow­ni­kowo: jako zacho­dze­nie rady­kal­nej pro­ble­ma­tycz­no­ści”[26]. Tak opi­sany Bóg staje się przed­mio­tem mil­czą­cej – apo­fa­tycz­nej teo­lo­gii filo­zo­ficz­nej, opar­tej na doświad­cze­niu para­doksu[27], rów­no­cze­sno­ści pojęć wza­jem­nie się zno­szą­cych i wska­zu­ją­cych tym samym poza sie­bie, na Stam­tąd jako na źródło pro­ble­ma­tycz­no­ści. Nega­tywna teo­lo­gia filo­zo­ficzna negu­jąc sama sie­bie, wska­zuje na przy­czynę nega­cji – źródło pro­ble­ma­tycz­no­ści będące wła­ści­wym momen­tem pozytywnym.

Umiesz­cze­nie zaś myśli pono­wo­cze­snej w sche­ma­cie kenozy, tłu­ma­czą­cej ofiarę Chry­stusa na zse­ku­la­ry­zo­wane spo­łe­czeń­stwo[28], umoż­li­wia zro­zu­mie­nie sytu­acji oczysz­cze­nia, odsła­nia­ją­cego jakąś prawdę o czło­wieku przez wyzby­cie się złu­dzeń. Można więc wyko­rzy­stać doświad­cze­nie post­mo­der­ni­zmu w jego funk­cji katark­tycz­nej. Idąc za przy­kła­dem K. Bar­tha, dla któ­rego nawet ate­izm znaj­duje swe upra­wo­moc­nie­nie w obja­wia­niu abso­lut­nej trans­cen­den­cji Boga, co skut­kuje uka­za­niem Wcie­le­nia jako drogi do spo­tka­nia Boga i czło­wieka, można odsła­niać prawdy chrze­ści­jań­skie, np. przez złą­cze­nie pono­wo­cze­snej wol­no­ści z odpo­wie­dzial­no­ścią, dla uka­za­nia wzorca ducho­wo­ści dla roz­cza­ro­wa­nych moderną[29]. Przy­kład życia D. Bon­ho­ef­fera, w kon­tek­ście jego postu­latu otwar­cia Kościoła poka­zuje, że powyż­sza próba nie sta­nowi opcji na rzecz łatwego przy­sto­so­wa­nia orę­dzia chrze­ści­jań­skiego do świata. W tym dzia­ła­niu trzeba natu­ral­nie posłu­gi­wać się, wzo­rem apo­lo­ge­tów, zasa­dami doboru. Nie­mniej nie można pomi­jać pew­nych zbież­no­ści mię­dzy reli­gią a post­mo­der­ni­zmem. Ten ostatni gło­sząc anty­in­sty­tu­cjo­na­lizm, anty­ra­cjo­na­lizm czy plu­ra­lizm, nie jest cał­ko­wi­cie obcy chrze­ści­jań­stwu wyol­brzy­mia­jąc w swoim sprze­ci­wie to, co w chrze­ści­jań­stwie jest jakoś zawarte w postaci napię­cia cha­ry­zmat – insty­tu­cja, teo­lo­gii apo­fa­tycz­nej czy idei Boga w Trójcy Osób. Jeśli więc post­mo­der­ni­ści gło­szą any­thing goes, chrze­ści­jań­stwo ma po swo­jej stro­nie Paw­łowe „Omnia mihi licent! Sed non omnia expe­diunt. Omnia mihi licent! Sed ego sub nul­lius redi­gar pote­state” (1 Kor 6, 12) czy Augu­styń­skie „dilige et quod vis fac”. Kiedy więc Der­rida poszu­kuje warun­ków moż­li­wo­ści prze­bły­sku świa­do­mo­ści jako prze­jawu tego, co reli­gijne, ana­li­zu­jąc za Heideg­ge­rem pier­wot­ność „nie­skry­to­ści” (offen­bar­keit) czy „obja­wie­nia” (offen­ba­rung), oraz ana­li­zu­jąc np. moment spra­wie­dli­wo­ści jako „mesja­nizm bez mesja­ni­zmu”, znaj­duje się on w samym cen­trum nie­po­koju religijnego.

Podo­bień­stwa tych sys­te­mów wyni­kają z ten­den­cji, która poszu­kuje zro­zu­mie­nia rze­czy­wi­sto­ści w pod­mio­cie, ponad to myśli­ciele pono­wo­cze­śni nawią­zują do tra­dy­cji teo­lo­gii nega­tyw­nej czy doświad­cze­nia mistycz­nego. To ostat­nie, szcze­gól­nie z okresu hisz­pań­skiego, jest szcze­gól­nie podobne do cza­sów współ­cze­snych. Doko­nuje się bowiem dyna­miczny roz­wój nauki czy prze­kra­cza­nie nowych gra­nic zmie­nia­jące spo­sób rozu­mie­nia świata. Wię­cej, podob­nie jak w XVI wieku obser­wu­jemy wstrząs wywo­łany przez zakwe­stio­no­wa­nie tra­dy­cyj­nych insty­tu­cji pośred­ni­czą­cych w życiu reli­gij­nym. Ten stan rze­czy może spo­wo­do­wać ana­lo­giczny ruch „do wewnątrz”. Inte­re­su­ją­cym jest, że w kon­tek­ście inte­lek­tu­al­nym swo­ich cza­sów, mistyka hisz­pań­ska nie wra­cała do onto – teo­lo­gicz­nego średnio­wiecz­nego, hie­rar­chicz­nego modelu[30], uni­ka­jąc rów­nież kar­te­zjań­skiego duali­zmu. Myśli­ciele – mistycy tego okresu szu­kają Boga w głębi serca, a znaj­du­jąc Go tam, znaj­dują zasadę jed­no­czącą, uzy­sku­jąc teo­lo­giczno – antro­po­lo­giczne spoj­rze­nie odpo­wia­da­jące para­dyg­ma­towi Wcie­le­nia. Droga mistyki, szcze­gól­nie przez akcen­to­wa­nie pier­wiast­ków augu­stiań­skich i eckhar­tow­skich, dopro­wa­dziła także do pew­nego zbli­że­nia kato­licko – pro­te­stanc­kiego. Ten ruch zbli­ża­nia, obecny w para­dyg­ma­cie Wcie­le­nia, a prze­kła­dany na dzie­dzinę myśli, wyra­żany choćby w sobo­ro­wej wizji Kościoła, spra­wia, że możemy patrzeć nieco ina­czej na obec­ność tych, któ­rzy są na „zewnątrz”[31].

W ten spo­sób można zaak­cep­to­wać post­mo­der­nizm (zwłasz­cza ten chrze­ści­jań­ski łączący uza­sad­nioną kry­tykę Oświe­ce­nia z prze­ka­zem chrze­ści­jań­skim; P. Koslow­ski, R. Spa­emann), mając na uwa­dze jego zróż­ni­co­wa­nie; można w logice Wcie­le­nia zespa­lać war­to­ści i postawy, które wydają się od sie­bie odle­głe[32]. Ten inkar­na­cyjny para­dyg­mat jest expli­cite wyra­żony w poglą­dzie G. Vat­timo, który myśl o Wcie­le­niu łączy ze swoją kon­cep­cją „myśli sła­bej”[33]. Jest ona ozna­cze­niem myśle­nia świa­do­mego swych ogra­ni­czeń, odda­lo­nego od sys­te­mów meta­fi­zycz­nych. Potrzeba zaś sła­bego języka wynika z ruchu Słowa, które stało się cia­łem, zno­sząc zwią­zek tego co święte z prze­mocą glo­bal­nych sys­te­mów meta­fi­zycz­nych. Język słaby ma wyra­żać rela­cję miło­ści Boga i czło­wieka, któ­rej cechą jest wła­śnie sła­bość. W klu­czu upadku meta­fi­zycz­nego obrazu świata można, zda­niem Vat­timo, rozu­mieć także „śmierć Boga”, która w myśli Nie­tz­schego sym­bo­li­zuje roz­bi­cie onto­te­olo­gii i meta­fi­zycz­nych pod­staw ate­izmu[34]. W ten spo­sób można post­mo­der­ni­styczny imma­nen­tyzm wyko­rzy­stać do odnaj­dy­wa­nia zewnętrz­nych aspek­tów dzia­ła­nia łaski, czyli powią­za­nia wer­ty­kal­nego i hory­zon­tal­nego jej wymiaru. Pro­pa­go­waną zaś tole­ran­cję można odczy­ty­wać jako pra­gnie­nie doświad­cza­nia miło­ści nie­przy­ja­ciół[35]. Doświad­cze­nia te[36] mogą być pomocne w budo­wa­niu kon­struk­tyw­nego teizmu post­mo­der­ni­stycz­nego na bazie modelu inkar­na­cyj­nego[37].

Uży­wa­nie przez te dwa sys­temy tych samych pojęć spra­wia, że choć w nie­któ­rych punk­tach są sobie bliż­sze. Upa­dek wiel­kich „meta­nar­ra­cji” (myśl oświe­ce­niowa), umoż­li­wił rewi­zję sto­sunku post­mo­der­ni­zmu do reli­gii, uzna­jąc jej wia­ry­god­ność i otwie­ra­jąc drogę do swo­bod­nej dys­ku­sji[38] o niej, nie­stety wyłącz­nie jako for­mie sto­sunku czło­wieka do świata. W samej zaś antro­po­lo­gii owo podo­bień­stwo wyraża się w kry­tyce racjo­na­li­stycz­nej jed­no­wy­mia­ro­wo­ści bytu ludz­kiego, oraz w reduk­cji lęku przed rze­czy­wi­sto­ścią[39]. Stąd też post­mo­der­ni­styczny nihi­lizm sta­nowi próbę odpo­wie­dzi na pustkę pozo­sta­wianą przez laicy­za­cję, nie zaś jest przy­czyną owej. Sytu­acja obecna jest przy tym podobna do okresu przed chrze­ści­jań­skiego, budząc przy tym podobne lęki co do zagro­że­nia sacrum[40]. Jan od Krzyża uczy jed­nak, że w każ­dej w ciem­no­ści, każ­dym kry­zy­sie Bóg mówi do czło­wieka[41], więc zse­ku­la­ry­zo­wany ate­izm obec­nego czasu można trak­to­wać jako noc ciemną[42] mil­czą­cej śmierci Boga, w któ­rej On nadal jest[43] (Gott ist tot) choć jako mar­twy, zstę­puje On do pie­kieł, by prze­zwy­cię­żyć śmierć[44]. Bóg jest mar­twy, więc na ziemi panuje mil­cze­nie Wiel­kiej Soboty, może dla­tego, że wszystko o Bogu już zostało powie­dziane i ujęte w defi­ni­cję. Doświad­cze­nie zaś nocy ciem­nej sta­nowi szansę oczysz­cze­nia z ludz­kich tylko obra­zów i wyobra­żeń Boga, sta­nowi w pewien spo­sób wyzwa­nie – dekonstrukcję.

Szu­ka­jąc więc spo­sobu obec­no­ści myśli chrze­ści­jań­skiej w łonie kul­tury dziś i jurto trzeba odróż­niać Głos od szumu gdyż „Bóg mówi do nas, wcie­la­jąc się w głosy tego świata – w szmery, szumy, woła­nia ludz­kie. Na tym polega para­doks obec­no­ści Boga wśród nas: głos, któ­rym mówi Bóg, jest zara­zem gło­sem, który przy­głu­sza Boga. (…) Trzeba tak słu­chać, by w gło­sach, które brzmią po ludzku, usły­szeć idącą przez dzieje wielką pieśń Boga”[45]. Głos ten szcze­gól­nie poprzez wyda­rze­nia ubie­głego wieku, zmie­nił się, rów­nież na polu filo­zo­fii, w auten­tyczny krzyk ludz­kiego dra­matu roz­pa­czy[46], w „zasmu­cony ate­izm”[47]. Trzeba więc wciąż, wpa­tru­jąc się we Wcie­lo­nego[48], podej­mo­wać próby zbli­że­nia tego, co odle­głe z tym, co bli­skie, szcze­gól­nie jeśli cho­dzi o dzie­dzinę myśli chrze­ści­jań­skiej i tej od niej z pozoru dale­kiej, pamię­ta­jąc o tym, że ich abso­lutny roz­dział nie ura­to­wał Europy przed rady­kal­nie anty­chrze­ści­jań­skimi ruchami: bol­sze­wi­zmem i nazi­zmem[49].

W dzi­siej­szej więc sytu­acji trzeba wciąż poszu­ki­wać ołta­rzy poświę­co­nych Nie­zna­nemu Bogu[50], w obsza­rze wyzna­czo­nym przez fakt Wcie­le­nia; na styku sacrum i pro­fa­num, w obsza­rze Levi­na­sow­skiej obec­no­ści i zara­zem nie – obec­no­ści. Trzeba, za radą brata Toma­sza z Pragi, „być ukrzy­żo­wa­nym, być roz­pię­tym mię­dzy bie­gu­nami para­doksu, być nie­ustan­nie sam dla sie­bie pyta­niem, żyć koanem o ukry­tej w głębi jed­no­ści war­to­ści, które na powierzchni jawią się jako prze­ci­wień­stwa, żyć wie­lo­ścią dróg, a pomimo to nie odchy­lić się od tajem­ni­czego cen­trum (…). Ale nie jest łatwo żyć z taką odpo­wie­dzią, która nie­ustan­nie wszyst­kie dal­sze odpo­wie­dzi – albo pozorne odpo­wie­dzi – prze­mie­nia znowu w pyta­nia”[51].

Uję­cie duchowe – czyli o tym, że Bóg przy­cho­dzi z przyszłości

Nasz Pol­ski duch, jak mówił o. Oszajca – my nawet kolędy śpie­wamy na melo­dię Gorz­kich żalów. I nasze oban­da­żo­wa­nie – „jakoś to będzie”; nadzieja na miarę skur­czo­nego serca. Rodzi się więc ace­dia i ace­dio­sus, nie­za­do­wo­lony z tego jak żyje i co robi, gnu­śny, senny, zabie­gany i nic nie robiący. Para­doks? Może wła­śnie cywi­li­za­cja wciąż za czymś goni ponie­waż jest wewnętrz­nie pusta; insta­bi­li­tas men­tis et cor­po­ris. Czy to dzia­ła­nie demona połu­dnia? Działa on nie w „mro­kach” wie­ków śred­nich, ale w peł­nym świe­tle epoki rozumu. A nad pie­kłem znaj­duje się napis lasciate ogni spe­ranza, ponie­waż jest to stan, w któ­rym nie ma zmiany, stan gdzie w czwar­tym kręgu kró­luje ace­dia. „Zbędny czło­wiek” (lisz­nyj czło­wiek) poja­wia się tam gdzie umarły ideały.

Powin­ni­śmy więc mieć nadzieję (hof­fen) i rado­śnie ocze­ki­wać, pod­ska­ki­wać (hüp­fen), jak Jan gdy pierw­szy raz spo­tyka swego Poprzed­nika. Kiedy kobieta spo­dzie­wała się dziecka mówiło się kie­dyś, że jest „przy nadziei”. Kiedy bowiem rodzi się dziecko, w serce naj­więk­szego pesy­mi­sty wkra­cza świa­tło, poja­wia się nadzieja nowego życia, nadzieja nowego świata. Gdy więc nad­cho­dzą święta Bożego Naro­dze­nia poja­wia się nadzieja na szczę­śliw­szy świat. Przy­cho­dzi ona w postaci dziecka, bo jest bez­bronna, nie można się jej nauczyć, zawsze jest darem. Jak w poema­cie Peguy’ego mówi Bóg:

Tym, co Mnie dziwi, jest nadzieja.

To Mnie dziwi ponad wszelką miarę.

Ta mała nadzieja, która wygląda tak niepozornie.

Ta mała dziew­czynka nadzieja.

Nie­śmier­telna.”

Gdzie Go poło­ży­łeś?” – pyta­nie Marii jest rachun­kiem sumie­nia dla cywi­li­za­cji, dla każ­dego z nas. Co zro­bi­łem z Bogiem? Czy nadzieja na zna­le­zie­nie szczę­ścia w okru­chach marzeń o innym świe­cie, bez nie­szczęść, bez bólu, czy rytm odra­dza­ją­cej się przy­rody nie jest jakimś prze­świ­tem Prawdy? Kiedy więc nadej­dzie czas i Panna poro­dzi Syna, niech to świa­tło nas pro­wa­dzi, byśmy odróż­niali w tym cza­sie i zawsze potem rze­czy ważne od potrzebnych.

I znów jest adwent w Twoim Kościele, Boże. Znów wra­camy do modli­twy, tęsk­noty i wyglą­da­nia, pie­śni nadziei i obiet­nicy. Wszelka nie­dola ludzka, wszelki nie­do­syt, całe wie­rzące ocze­ki­wa­nie zbiega się znów w tym: ‘Przy­bądź’. Nie zwle­kaj. Jakaż prze­dziwna modli­twa. Bo prze­cież już przy­sze­dłeś, już roz­bi­łeś mie­dzy nami swój namiot. Prze­cież podzie­li­łeś już całe nasze życie, z jego małymi rado­ściami i długą codzien­no­ścią, i gory­czą końca. Czyż moż­liwe byśmy, wzy­wali Cię naszym ‘przy­bądź’ jesz­cze do cze­goś wię­cej? Czy mógł­byś tym Twoim przyj­ściem przyjść jesz­cze bli­żej, niż już przy­sze­dłeś przez wej­ście tak głę­boko w naszą zwy­kłość, że nie mogli­śmy Cię nie­mal odróż­nić od innych ludzi? A prze­cież, Boże nasz, któ­ryś nazwał sie­bie Synem Czło­wie­czym, mówimy Ci wciąż, modlimy się cią­gle: ‘Przybądź’.”

[1] http://​www​.litur​gia​ec​c​le​siae​.pl​.tl/​Q​u​o​-​v​a​d​i​s​,​-​m​u​n​d​e​-​f​-.htm

[2] „Czas nowo­żyt­no­ści zaprze­cza nowi­nie ogło­szo­nej przez Boga na temat zba­wie­nia (Ap 21,5) i jest jedy­nie fał­szem i kłam­stwem. Odro­dze­nie się świata jako nowego, jako nowo­żyt­nego, jako zba­wia­ją­cego za pośred­nic­twem postępu histo­rii, roz­woju nauki i tech­niki, rewo­lu­cji spo­łecz­nej, jest jedy­nie pseu­do­zmar­twy­chw­sta­niem; nowo­żyt­ność jest pseudo – Chry­stu­sem, jest ona Anty­chry­stem. Jej wiel­kość, w sto­sunku do tego wszyst­kiego, co było wcze­śniej, polega wła­śnie na tym. Jej błąd, jej zło nie sytu­uje się w prze­strzeni etycz­nej, lecz polega na mał­po­wa­niu Boga, na naśla­do­wa­niu jego zbaw­czej mocy za pomocą środ­ków czy­sto ludz­kich. Czas Anty­chry­sta jest skraj­nie etyczny, jak można o tym prze­czy­tać u Dosto­jew­skiego, Soło­wiowa, Szes­towa i innych auto­rów rosyj­skich, jedy­nych, któ­rzy posłu­żyli się tym klu­czem przy lek­tu­rze rze­czy­wi­sto­ści.”, S. Quin­zio, Prze­grana Boga, tłum. M. Bie­law­ski, Kra­ków – Dębica 2008, s. 88n.

[3] Por. U. Eco, Dopi­ski na mar­gi­ne­sie «Imie­nia róży», w: tenże, Imię róży, War­szawa 1988, s. 617.

[4] Por. F. Fukuy­ama, Koniec histo­rii, tłum. T. Bie­roń, M. Wichrow­ski, Poznań 1996; S. Hun­ting­ton, Zde­rze­nie cywi­li­za­cji, tłum. H. Jan­kow­ska, War­szawa 1997.

[5] „można w niej odkryć cenne zalążki myśli, a pogłę­bia­jąc je i roz­wi­ja­jąc pra­wym umy­słem i ser­cem odkryć drogę prawdy. Takie zalążki myśli znaj­dują się na przy­kład w głę­bo­kich ana­li­zach postrze­ga­nia i doświad­cze­nia, wyobraźni i nie­świa­do­mo­ści, oso­bo­wo­ści i inter­su­biek­tyw­no­ści, wol­no­ści i war­to­ści, czasu i histo­rii.”, FeR 48.

[6] „Jedno wszakże nie ulega wąt­pli­wo­ści: nurty myślowe odwo­łu­jące się do post­mo­der­ni­zmu zasłu­gują na uwagę.”, tamże 91; „Dia­log z post­mo­der­ni­zmem jest jed­nak szcze­gól­nie potrzebny obec­nie, gdy kry­tyka post­mo­derny ude­rza w fun­da­menty naszej kul­tury, nio­sąc zagro­że­nie nihi­li­zmu. Jest to tym bar­dziej konieczne, iż we współ­cze­snych pole­mi­kach współ­wy­stę­pują różne wer­sje post­mo­der­ni­zmu, nio­sąc głę­boko zróż­ni­co­wane war­to­ścio­wa­nia.”, J. Życiń­ski, Bóg post­mo­der­ni­stów. Wiel­kie pyta­nia filo­zo­fii we współ­cze­snej kry­tyce moderny, Lublin 2001, s. 11.

[7] Pius XII, Humani gene­ris, AAS 42(1950), s. 562n.

[8] por. J. Życiń­ski, Bóg post­mo­der­ni­stów. Wiel­kie pyta­nia filo­zo­fii we współ­cze­snej kry­tyce moderny, dz. cyt., s. 17n.

[9] „Ani w nauce, ani w teo­lo­gii – a już na pewno nie w filo­zo­fii – nie można tęsk­nić za «moc­nym sys­te­mem» okre­ślo­nego pozna­nia – mamy do czy­nie­nia z nie­ustan­nym ruchem myśli, który, gdyby jakiej­kol­wiek chwili swego roz­woju powie­dział «Trwaj, jesteś piękna!», pogrą­żyłby się w pie­kle razem z dok­to­rem Fau­stem.”, T. Halík, Noc spo­wied­nika. Para­doksy małej wiary w epoce postop­ty­mi­stycz­nej, tłum. A. Babu­chow­ski, Kato­wice 2007, s. 89.

[10] „Istot­nie, nihi­lizm sta­nowi nie tylko okre­śle­nie zło­żo­nego i roz­le­głego ducho­wego kry­zysu, ale także syno­nim filo­zo­fii i kul­tury nowo­żyt­nej oraz ety­kietę przy­da­waną wielu myśli­cie­lom okresu nowo­żyt­nego przez tych, któ­rzy w powo­dzi współ­cze­snego rela­ty­wi­zmu, pesy­mi­zmu czy libe­ra­li­zmu szu­kają jasnej i pew­nej prawdy oraz trwa­łego gruntu. Według takiej «spi­sko­wej histo­rii filo­zo­fii», upra­wia­nej naj­czę­ściej «na skróty» i bez zna­jo­mo­ści rze­czy, «zdrowa filo­zo­fia» trwa jesz­cze do końca średnio­wie­cza, a wraz z nowo­żyt­nym racjo­na­li­zmem i trans­cen­den­tal­nym zwro­tem ku pod­mio­towi, wraz z ide­ali­zmem, roz­po­czyna się per­ma­nentny kry­zys który trwa przez całą nowo­żyt­ność i uak­tyw­nia się w XIXXX wieku. Ten kry­zys to wła­śnie nihi­lizm.”, T. Gadacz, Myśle­nie z wnę­trza nihi­li­zmu, w: Znak 6(469), s. 4.

[11] Por. Fides et Ratio, 91.

[12] Por. W. Percy, The second coming, New York 1980, s. 132.

[13] W. Weische­del, Teo­lo­gia filo­zo­ficzna w cie­niu nihi­li­zmu, tłum. Grze­gorz Sowin­ski, w: Znak 6(469), s. 18.

[14] „Nie jest dzie­łem przy­padku, że nie­mal wszyst­kie ogni­ska zapalne spo­rów prze­ni­ka­ją­cych współ­cze­sny kato­li­cyzm stoją w bez­po­śred­nim lub pośred­nim związku z tomi­zmem. Przy­po­mnijmy nie­które z nich. Tak np. współ­cze­sna filo­zo­fia „śmierci Boga” sta­nowi wyraźną reak­cję na filo­zo­ficzno – tomi­styczną kon­cep­cję natury Boga i natury jego sto­sunku do świata.”, J. Tisch­ner, Schy­łek chrze­ści­jań­stwa tomi­stycz­nego, w: tenże, Myśle­nie według war­to­ści, Kra­ków 1993, s. 215.

[15] Ter­min Nie­tz­schego „Gott ist tot” tłu­ma­czone jako „Bóg umarł” zastą­pimy zwro­tem „Bóg jest mar­twy”. Za inter­pre­ta­cją taką prze­ma­wiają względy natury filo­lo­gicz­nej: Nie­tz­sche pisze „Gott ist tot”, nie zaś „Gott starb” czy też „Gott ist gestor­ben”. Ponadto stwier­dze­nie „Bóg umarł” nie wykra­cza poza kanony myśli chrze­ści­jań­skiej; por. T. Delur­ski, Bóg po Auschwitz, w: Laetare 24/25(2007), s. 109–120, naj­istot­niej­szym jed­nak powo­dem rezy­gna­cji z dotych­cza­so­wego tłu­ma­cze­nia, jest chęć zacho­wa­nia owego „jest”, odgry­wa­ją­cego w kon­cep­cji Nie­tz­sche­ań­skiej nie­zwy­kle istotną rolę. Bóg wciąż „jest”, choć jest mar­twy. [przyp aut.].

[16] Pla­ton, Uczta 203e.

[17] G. W. F. Hegel, Nauka logiki, t. I, tłum. A. Landman,Warszawa 1968, s. 93–97.

[18] „Myśmy go zabili! Jakże się pocie­szymy, mor­dercy nad mor­der­cami?”, F. Nie­tz­sche, Wie­dza rado­sna, sek­cja 125, tłum. Leopold Staff, Kra­ków 2003.

[19] „Nie­wąt­pli­wie naj­czę­ściej cyto­waną przez Nie­tz­schego książką (choć z reguły są to ukryte cytaty) jest Biblia w tłu­ma­cze­niu Lutra. Że był gwał­tow­nym kry­ty­kiem chrze­ści­jań­stwa, wszy­scy wie­dzą. Naj­bar­dziej znane zda­nie Nie­tschego to praw­do­po­dob­nie «Bóg umarł». Ale, być może – ja w każ­dym razie jestem o tym prze­ko­nany – rady­kalna kry­tyka, jakiej Nie­tz­sche pod­daje nasze poję­cia, naszą wie­dzę, otwiera także drogę do rozu­mie­nia reli­gii, które może być prze­ko­ny­wa­jące także dla umy­słu żyją­cego wśród wie­lo­ści sen­sów, róż­no­rod­no­ści kul­tur, w prze­nik­nię­tej nauką współ­cze­sno­ści.”, K. Michal­ski, Pło­mień wiecz­no­ści. Eseje o myślach Fry­de­ryka Nie­tz­schego, Kra­ków 2007, s. 13.

[20] „Odno­tujmy (…) róż­nicę mię­dzy potrzebą a Pra­gnie­niem. W potrze­bie mogę wgry­zać się w rze­czy­wi­stość i dozna­wać zaspo­ko­je­nia przez asy­mi­la­cję tego, co inne. Pra­gnie­nie (…) nie daje się nasy­cić (…).”, E. Lévi­nas, Całość i nie­skoń­czo­ność. Esej o zewnętrz­no­ści, tłum. M. Kowal­ska, War­szawa 1998, s. 127; „Ja obda­rzone życiem oso­bo­wym (…) prze­kra­cza sie­bie w Pra­gnie­niu, jakie budzi w nim obec­ność Innego.”, tamże, s. 57.

[21] Por. J. Pato­čka, Czło­wiek duchowy a inte­lek­tu­ali­sta, w: Logos i Ethos 1(1993), s. 133.

[22] „Wie­rzymy w Boga, ale też wiara nasza nie prze­szła przez czy­ściec, jaki gdzie indziej zgo­to­wali tej wie­rze Nie­tz­sche, Marks czy Freud.”, J. Tisch­ner, Pol­ski młyn, Kra­ków 1991, s. 15.

[23] „Powiedzmy sobie od razu: na naszych oczach rze­czy­wi­ście umiera Bóg. Może umiera wła­śnie nasz Bóg i dla­tego jeste­śmy wstrzą­śnięci i zdła­wieni. Może umiera Bóg naszej for­ma­cji kul­tu­ro­wej, naszych struk­tur i tra­dy­cyj­nych sche­ma­tów wiary. To boli strasz­li­wie. Ago­nia naszego Boga roz­sa­dza nam serce.”, J. St. Pasierb, Czas otwarty, Pel­plin 1992, s. 36.

[24] Por. T. Halík, Świad­ko­wie Bożej nie­obec­no­ści, tłum. J. Zycho­wicz, w: Tygo­dnik Powszechny 16(2806) 2003, s. 5.

[25] Por. J. Der­rida, Ostrogi. Style Nie­tz­schego, tłum. B. Bana­siak, Gdańsk 1997; G. Deleuze, Nie­tz­sche i filo­zo­fia, tłum. B. Bana­siak, War­szawa 1993.

[26] W. Weische­del, Teo­lo­gia filo­zo­ficzna w cie­niu nihi­li­zmu, dz. cyt., s. 30.

[27] „Bóg w cza­sie, Wcie­le­nie, czyli Bóg – czło­wiek to abso­lutny para­doks, ale nie abso­lutna sprzecz­ność. Pod­czas gdy absurd doty­czy logiki, która na próżno usi­łuje wyjść poza gra­nice sprzecz­no­ści, wła­ści­wym miej­scem para­doksu jest wyda­rze­nie.”, V. Possenti, Filo­zo­fia po nihi­li­zmie. Spoj­rze­nie na przy­szłość filo­zo­fii, tłum. J. Merecki, Lublin 2003, s. 60n.

[28] Por. G. Vat­timo, After Chri­stia­nity, New York 2002.

[29] „Uza­sad­nione wydaje się więc ocze­ki­wa­nie, że może rów­nież ist­nieć jakaś wer­sja post­mo­der­ni­stycz­nej poetyki życia spójna z ducho­wo­ścią chrze­ści­jań­ską.”, J. Życiń­ski, Bóg post­mo­der­ni­stów. Wiel­kie pyta­nia filo­zo­fii we współ­cze­snej kry­tyce moderny, dz. cyt., s. 42n.

[30] „Z chwilą gdy wśród teo­rii filo­zo­ficz­nych zaczęła prze­wa­żać sta­tyczna wer­sja ary­sto­te­le­sow­skiej kon­cep­cji Pierw­szego Poru­szy­ciela, wspie­rana – jako «naukowa kon­cep­cja Boga» – już tylko zdob­ni­czymi orna­men­tami odpo­wied­nich cyta­tów, dowo­dów i «argu­men­tów», para­dok­salny Bóg opo­wie­ści biblij­nych i doświad­czeń mistycz­nych dla ludzi, któ­rzy teo­lo­gię trak­to­wali zarówno jako medy­ta­cję, jak i przy­godę filo­zo­ficzną, już dawno był «mar­twy». Nie­tz­sche i jego sza­le­niec przy­szli oznaj­mić śmierć Jego namiastki, wła­śnie owej meta­fi­zyczno – moral­nej kon­cep­cji boga.”, T. Halík, Wzy­wany czy nie­wzy­wany Bóg się tutaj zjawi. Euro­pej­skie wykłady z filo­zo­fii i socjo­lo­gii dzie­jów chrze­ści­jań­stwa, tłum. A. Babu­chow­ski, Kra­ków 2006, s. 289.

[31] „Musi się w nim [w Kościele] zna­leźć miej­sce dla tych, któ­rzy trosz­czą się o «dzie­dzic­two ojców», jak i tych, któ­rzy zachwy­cili się nowo­ścią życia z Chry­stu­sem i bro­nią wol­no­ści od Prawa, przy­nie­sio­nej przez Syna. Ale trzeba także, aby była w nim wol­ność dla porywu Ducha, który «wieje, kędy chce», który prze­kra­cza wszyst­kie gra­nice i nie pozwala tym «wewnątrz», by powo­ły­wali się na to, że są jedy­nymi pra­wo­wi­tymi «dziećmi Abra­hama», ponie­waż przez Jego dzia­ła­nie Bóg może wzbu­dzić dzieci Abra­hama nawet z kamieni.”, tamże, s. 73.

[32] „W tajem­nicy Wcie­le­nia Bóg zaszo­ko­wał naszą logikę, przyj­mu­jąc naturę ludzką z jej ogra­ni­cze­niami i sła­bo­ścią. Wierni temu sty­lowi, win­ni­śmy poszu­ki­wać nowych form inkul­tu­ra­cji, w któ­rych odwieczne Boże war­to­ści zespa­lają się z tym, co nie­do­sko­nałe, cza­sowe, uwa­run­ko­wane doraźną sytu­acją. Tajem­nica Wcie­le­nia była tak trudna do zaak­cep­to­wa­nia przez zdro­wo­roz­sąd­kową logikę czło­wieka, że doke­tyzm utrzy­my­wał, iż ciało Jezusa nie było cia­łem real­nym, lecz jedy­nie pozor­nym. Nie­rzadko wobec współ­cze­snej kul­tury sta­jemy jako chrze­ści­ja­nie przed nową pokusą doke­ty­zmu. Można wtedy depre­cjo­no­wać, jako grę pozo­rów, reflek­sję doty­czącą realiów kul­tu­ro­wych, widząc w nich przede wszyst­kim sztuczne pro­blemy, egzal­ta­cję, prze­sadę, brak racjo­nal­nych uza­sad­nień. (…) Soli­dar­ność odwiecz­nego Logosu z ludz­kim dra­ma­tem, bli­skim poczu­ciu absurdu i roz­pa­czy, winna inspi­ro­wać styl poszu­ki­wań nowego języka w prze­ka­zie naszej prawdy o Bogu. Nie należy się łudzić, by peł­nię tej prawdy mógł prze­ka­zać tań­czący Dio­ni­zos. Nie wyraża jej jed­nak rów­nież Apollo, zatro­skany przede wszyst­kim o popraw­ność logicz­nych infe­ren­cji. Ter­tium datur i dla­tego wła­śnie potrzeba nam otwar­cia na poszu­ki­wa­nie form języ­ko­wych, które uła­twią dotar­cie do środo­wisk reagu­ją­cych obo­jęt­no­ścią i poczu­ciem dystansu na dys­kurs kla­sycz­nego teizmu.”, tamże, s. 47n.

[33] Por. D. Kowal­czyk, Mię­dzy dogma­tem a here­zją. Tuzin spo­rów w spra­wach wiary, War­szawa 2003, s. 31n.

[34] Por. G. Vat­timo, Jen­se­its des Chri­sten­tums?, Mün­chen – Wien 2004, s. 29; za: T. Halík, Wzy­wany czy nie­wzy­wany Bóg się tutaj zjawi. Euro­pej­skie wykłady z filo­zo­fii i socjo­lo­gii dzie­jów chrze­ści­jań­stwa, dz. cyt., s. 237.

[35] „Czy więk­szy akcent na miłość nie­przy­ja­ciół postu­lo­wany czę­sto przez środo­wi­ska laic­kie jest zna­kiem zaniku miło­ści wewnątrz Kościoła i bra­kiem w iden­ty­fi­ko­wa­niu się z nim czy raczej iden­ty­fi­ka­cją z i istotą Kościoła, z jego duchem apo­stol­skim, który (…) całą ener­gię ewan­ge­licz­nej miło­ści kie­ruje na tę jedną owcę odłą­czoną od dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu spo­koj­nie pasą­cych się.”, A. Jar­nusz­kie­wicz, Od onto­lo­gii do etyki, Kra­ków 1994, s. 60n.

[36] Por. G. Penati, Czasy nowo­żytne a post­mo­der­nizm we współ­cze­snej myśli filo­zo­ficz­nej, w: Com­mu­nio 6 (1994), s. 38.

[37] „Jak na różne spo­soby stwier­dza­li­śmy to już w dotych­cza­so­wych roz­wa­ża­niach, ten pro­ble­ma­tyczny sto­su­nek filo­zo­fii i obja­wie­nia reli­gij­nego jest samym sen­sem Wcie­le­nia. Bóg wciela się, a zatem obja­wia się naj­pierw w prze­sła­niu biblij­nym, które w końcu «daje miej­sce» post­me­ta­fi­zycz­nym roz­wa­ża­niom o zda­rze­nio­wo­ści bycia. I tylko o tyle, o ile odnaj­duje swe pocho­dze­nie nowo­te­sta­men­towe, myśle­nie post­me­ta­fi­zyczne może ukształ­to­wać się jako myśle­nie o zda­rze­nio­wo­ści bycia, które nie spro­wa­dza się do zwy­kłej akcep­ta­cji ist­nie­ją­cego bytu, do zwy­kłego rela­ty­wi­zmu histo­rycz­nego i kul­tu­ral­nego. Innymi słowy: to wła­śnie fakt Wcie­le­nia nadaje histo­rii sens obja­wie­nia zbaw­czego (…) To, że histo­ria posiada sens zbaw­czy (lub w języku filo­zo­fii, sens eman­cy­pa­cyjny), mimo że albo wła­śnie dla­tego, że jest histo­rią prze­słań i odpo­wie­dzi, inter­pre­ta­cji, a nie «odkryć» czy też «praw­dzi­wych obec­no­ści», daje się pomy­śleć tylko w świe­tle dok­tryny Wcie­le­nia.”, G. Vat­timo, Ślad śladu, w: Reli­gia. Semi­na­rium na Capri pro­wa­dzone przez Jacqu­esa Der­ridę i Gian­niego Vat­timo, tłum. M. Kowal­ska, E. Łuka­szyk, P. Mrów­czyń­ski, R. Reszke, J. Woj­cie­szak, War­szawa 1999, s. 115n.

[38] „(Tylko) dla­tego, że roz­pa­dły się meta­fi­zyczne meta­nar­ra­cje, filo­zo­fia odkryła na nowo wia­ry­god­ność reli­gii i może w kon­se­kwen­cji postrze­gać potrzebę reli­gijną w świa­do­mo­ści zbio­ro­wej poza sche­ma­tami kry­tyki oświe­ce­nio­wej.”, tamże, s. 105.

[39] Por. J. J. Gar­rido, Misja chrze­ści­ja­nina w cza­sach kry­zysu kul­tury, w: Com­mu­nio 6(1994), s. 76.

[40] „Sacrum powró­ciło i powraca wielką, potężną falą, ale - jak powia­dają nie­któ­rzy histo­rycy reli­gii czy socjo­lo­go­wie – jest to dzi­kie sacrum. (…) Sacrum powraca jako odno­wie­nie tra­dy­cji ducho­wo­ści ezo­te­rycz­nej, lecz tym razem w for­mie ezo­te­rycz­nej, to zna­czy ezo­te­ry­zmu, który jest przed­mio­tem maso­wych publi­ka­cji w środ­kach maso­wego prze­kazu.”, J. A. Kło­czow­ski, Chrze­ści­ja­nin XXI wieku, w: Znak 3(1995), s. 57.

[41] „Wytrzy­mać ową pustkę, owo Nic – przy­po­mi­na­jące cichy mrok sta­ro­te­sta­men­to­wego miej­sca Świę­tego Świę­tych lub owo «i w górze także nic» na szczy­cie mistycz­nej drogi Jana od Krzyża czy nir­wanę bud­dy­zmu – jest zada­niem doprawdy wznio­słym. Do tego zdolna jest jedy­nie głę­boka i doj­rzała poboż­ność, a może też i pokorny sza­cu­nek nie­któ­rych miłu­ją­cych prawdę agno­sty­ków dla nie­wy­sło­wio­nej Tajem­nicy. Wiara misty­ków daję siłę spoj­rze­nia w twarz nico­ści, przej­ścia przez «noc ducha», wytrwa­nia na pustyni Bożego mil­cze­nia i prze­ży­cia owego para­doksu bli­sko­ści, wręcz jed­no­ści «pustki» i «pełni».”, T. Halík, Wzy­wany czy nie­wzy­wany Bóg się tutaj zjawi. Euro­pej­skie wykłady z filo­zo­fii i socjo­lo­gii dzie­jów chrze­ści­jań­stwa, dz. cyt., s. 87.

[42] „Ten fakt ciem­nej nocy miło­ści, wią­za­nia się z Bogiem peł­niej i głę­biej aż do nie­utra­cal­no­ści tych powią­zań, to naj­bar­dziej bie­żący pro­blem życia chrze­ści­jań­skiego w Pol­sce, gdyż wszystko teraz sprzyja temu, aby utrwa­liło się zry­wa­nie więzi miło­ści z Bogiem. Ate­izm więc, jako wynik nie­prze­rwa­nia ciem­nej nocy miło­ści, jest for­mułą inte­lek­tu­alną i zale­ce­niem dla woli nie pod­trzy­my­wa­nia w trwa­niu rela­cji miło­ści do Boga.”, M. Gogacz, Filo­zo­ficzne aspekty mistyki. Mate­riały do filo­zo­fii mistyki, War­szawa 1985, s. 119.

[43] „Gdzie jest Bóg? Dla­czego mil­czy? «Bóg umarł», odpo­wie­dzieli Jean Paul, Hegel, Nie­tz­sche i Sar­tre. W ustach każ­dego z nich stwier­dze­nie to ma odmienny sens. Czy­tane powierz­chow­nie i inter­pre­to­wane w swo­jej zwierzch­niej war­stwie, zda­nie mówiące o śmierci Boga sta­nowi Credo ate­izmu. Ale jakiego ate­izmu? Bóg jest mar­twy, Bóg umarł – jest to twier­dze­nie zgoła inne niż «Bóg nie ist­nieje». Bóg który nie ist­nieje, nie może umrzeć – wła­śnie tak samo, jak nie może umrzeć nie­skoń­czony, wszech­mocny, wszech­wie­dzący, nie­śmier­telny Pierw­szy Poru­szy­ciel meta­fi­zy­ków. Ci dwaj bogo­wie są naprawdę cał­ko­wi­cie odporni na śmierć; pozo­stawmy na boku pyta­nie, jak ma się rzecz z ich sto­sun­kiem do życia.”, T. Halík, Co nie jest chwiejne, jest nie­trwałe. Labi­ryn­tem świata z wiarą i wąt­pli­wo­ściami, tłum. J. Zycho­wicz, Kra­ków 2004, s. 322n.

[44] „Umie­ra­jący Sokra­tes chciał nam dać poję­cia, które uspo­koją, poję­cia, które uśmie­rzają nie­po­kój wobec śmierci. Świa­dec­two świę­tego Mate­usza, tak, jak je rozu­miem, jest zupeł­nie odmienne: świad­czy o nie­usu­wal­nej obec­no­ści Nie­zna­nego w każ­dym momen­cie mojego życia, o obec­no­ści, co roz­rywa każdą ludzką, zbu­do­waną na tym, co wia­dome, pew­ność, co burzy wszelki spo­kój, wszelką sérénité. Co roz­rywa cią­głość czasu, otwie­ra­jąc każdą chwilę życia na nicość i przez to wpi­su­jąc w nią moż­li­wość bez­względ­nego końca i szansę nowego początku.”, K. Michal­ski, Pło­mień wiecz­no­ści. Eseje o myślach Fry­de­ryka Nie­tz­schego, dz. cyt., s. 135.

[45] J. Tisch­ner, Nie­szczę­sny dar wol­no­ści, Kra­ków 1993, s. 163.

[46] „Ów tra­gizm nie­któ­rzy myśli­ciele pró­bują wyra­żać krzy­kiem, który nie respek­tuje kla­sycz­nych zasad sylo­gi­zmu.”, J. Życiń­ski, Bóg post­mo­der­ni­stów. Wiel­kie pyta­nia filo­zo­fii we współ­cze­snej kry­tyce moderny, dz. cyt., s. 21.

[47] Por. H. Wal­den­fels, O Bogu, Jezu­sie Chry­stu­sie i Kościele dzi­siaj. Teo­lo­gia fun­da­men­talna w kon­tek­ście naszych cza­sów, tłum. A. Pacio­rek, Kato­wice 1993, s. 41.

[48] „Owe różne war­to­ści, które zawsze włą­czają nas we wspól­notę z innymi, odmien­nymi, mogą w naszej myśli i w naszym sercu ist­nieć «bez roz­dzie­le­nia» i «bez pomie­sza­nia». Rów­nież wiele war­to­ści ducho­wych, które do kul­tu­ro­wej pamięci Europy wnio­sły skąd­inąd naj­róż­niej­sze prądy dzie­jowe, może ist­nieć «bez roz­dzie­le­nia» i «bez pomie­sza­nia» z naszą dyna­miczną chrze­ści­jań­ską toż­sa­mo­ścią, mającą kształt «drogi», a nie warow­nej twier­dzy lub zamknię­tego sys­temu filo­zo­ficz­nego czy cywi­li­za­cyj­nego. Możemy unik­nąć Scylli fun­da­men­ta­li­zmu, jak i Cha­rybdy syn­kre­ty­zmu i łatwego rela­ty­wi­zmu.”, T. Halík, Wzy­wany czy nie­wzy­wany Bóg się tutaj zjawi. Euro­pej­skie wykłady z filo­zo­fii i socjo­lo­gii dzie­jów chrze­ści­jań­stwa, dz. cyt., s. 157.

[49] Por. tamże, s. 71.

[50] „Zupeł­nie jak świat Talesa z Miletu i Pla­tona, nasz świat dzi­siej­szy jest «pełen bogów». Jest ślepa Ewo­lu­cja, dale­ko­wzroczna Orto­ge­neza, przy­ja­zny Postęp i wielu innych, któ­rych bez­piecz­niej jest nie wymie­niać po imie­niu.”, E. Gil­son, Bóg i filo­zo­fia, tłum. M. Kocha­now­ska, War­szawa 1961, s. 116.

[51] Tenże, Co nie jest chwiejne, jest nie­trwałe. Labi­ryn­tem świata z wiarą i wąt­pli­wo­ściami, dz. cyt., s. 64.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Leave a Reply