
Tak Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię królestwa i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości. A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. Wtedy rzekł do swych uczniów: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo». Wtedy przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości.
Wzrastał w bezbożnych czasach rewolucji francuskiej. Pierwszą komunię świętą przyjmował w stajni, w ukryciu. Nauczył się pisać w wieku 17 lat. Wyrzucony z seminarium, za brak znajomości łaciny. Nigdy nie przestał kochać. Nawet w Ars. Powiadali, że tam ludzi od zwierząt odróżnia tylko chrzest. Więc Jan Maria zaczął modlitwę, umartwienie, biczowanie ciała i posty. Czekał w konfesjonale i głosił kazania, które nie błyszczały elokwencją. Bez żadnej cudowności. Nawrócił Ars. Nawrócił sporą część Francji. My też szukamy sposobu na tych, co żyją jak owce nie mające pasterza. Których pasie śmierć i własne upodobania. I żniwo wciąż jest wielkie, a świętych robotników mało. Szukamy sposobów. Wydziwiamy duszpastersko, uatrakcyjniamy co się da. A prosty święty proboszcz wiejskiej parafii modlił się, pościł, pokutował i czekał w konfesjonale. Głosił Słowo nie swoją mocą i został patronem proboszczów, którzy często z konfesjonału uciekają jakby ten gryzł. Proboszczów, którzy troszczą się często bardziej o dach niż o jakość kultu. Patronem tych, którzy w słowie nie mają już Słowa, tylko bezwładne dywagacje o polityce i przypadłościach. A Jan Maria biczował się za swoich parafian, pościł i w modlitwach nie ustawał…