Dru­gie roz­wa­ża­nie zaczerp­nięte jest ze świa­dec­twa. Nie inge­ro­wa­łem w jego treść, poza kil­koma wyjąt­kami. Oka­zało się, że przy odpo­wied­nim podziale tek­stu, frag­menty te ide­al­nie pasują do roz­wa­ża­nych tajemnic.

I. Zwia­sto­wa­nie

Dorota, od naj­młod­szych lat była zdrową, dobrze roz­wi­ja­jącą się i bar­dzo wraż­liwą dziew­czynką. Ukoń­czyła z wyróż­nie­niem stu­dia, zdo­była zawód i wyszła za mąż.
Nagle zacho­ro­wała. Poczuła się źle. Była leczona począt­kowo na pora­że­nie nerwu twa­rzy,
potem po bada­niach, roz­po­znano guza mózgu. Zda­rzyło się to, czego nikt nie prze­wi­dy­wał.
Dra­mat roz­po­czął się wtedy, kiedy stwier­dzono, że Dorota jest w ciąży.

Wer­dykt leka­rzy był jed­no­znaczny: „Aby dać szanse Doro­cie, trzeba natych­miast usu­nąć ciążę i przy­stą­pić do che­mio– i kobaltoterapii“.

Tego co wtedy prze­ży­li­śmy, nie da się opi­sać. Ale ta dzielna dziew­czyna nie zała­mała się.
Długo modliła się i pro­siła Matkę Bożą, żeby jej pod­po­wie­działa co ma uczynić.

Potem kate­go­rycz­nie powie­działa, że nie zabije swo­jego dziecka.

II. Nawie­dze­nie

Modli­łam się do Boga. Pro­si­łam o pomoc. Dzięki pomocy rodziny z Włoch w maju pole­cia­ły­śmy samo­lo­tem do Włoch, do wło­skich spe­cja­li­stów. Dorota była już na wózku inwa­lidz­kim. W kli­nice neu­ro­lo­gicz­nej w Legnano, po zba­da­niu cho­rej lekarz powie­dział, że przy­je­cha­ły­śmy za późno. Dorota roz­pła­kała się. Nie mia­ły­śmy pie­nię­dzy na lecze­nie, a mimo to przy­jęli ją do szpi­tala. Prze­pro­wa­dzono konieczne badania.

W mózgu zało­żono zastawkę, żeby zatrzy­mać pro­ces cho­ro­bowy. Po tej ope­ra­cji stan zdro­wia pogor­szył się. Tra­fiła na oddział reani­ma­cji. Pod­łą­czono różną apa­ra­turę. Leka­rze orze­kli, że Dorota w każ­dej chwili może umrzeć. Choć dziecko jesz­cze żyje, jego życie jest rów­nież zagrożone.

Pozwo­lono mi prze­by­wać na oddziale reani­ma­cji. Trzy­ma­jąc moją córkę w ramio­nach, modli­łam się do Matki Bożej o łaskę oca­le­nia tych dwojga. Dorota nie chciała brać żadnych leków uśmie­rza­ją­cych ból, żeby nie zaszko­dzić dziecku. Mimo bólu uśmie­chała się. Leka­rze podzi­wiali jej hart ducha i oka­zy­wali dużo serca w tro­sce o jej życie.

III Naro­dze­nie

Kolejne bada­nia mózgu, nagle, wyka­zały zatrzy­ma­nie się pro­cesu cho­ro­bo­wego. Po kilku tygo­dniach, córka wró­ciła na oddział neu­ro­chi­rur­gii. Stwier­dzono, że dziecko roz­wija się pra­wi­dłowo. Inten­sywna opieka lekar­ska i świa­do­mość że dziecko roz­wija się dobrze spra­wiły, że tak wiel­kie cier­pie­nia Dorota zno­siła z uśmie­chem. Prze­by­wa­łam z córką na oddziale dzień i noc. Trwało to około mie­siąca. Ludzka miłość, któ­rej dozna­wa­ły­śmy w tym wspa­nia­łym kraju doda­wała nam sił. Włosi uczy­nili wszystko, żeby ura­to­wać Dorotę i jej dziecko.

W tym kli­ma­cie miło­ści i nadziei zdro­wie Doroty zaczęło się popra­wiać. Choć nadal była sztucz­nie kar­miona, odłą­czano co raz to inną apa­ra­turę. Już sama oddy­chała. Potem prze­nie­siono ja na oddział położ­ni­czy. Zaczęła prze­ły­kać zmik­so­wane potrawy. Neu­ro­chi­rurg popro­szony na kon­sul­ta­cję nie mógł uwie­rzyć, że Dorota może już jeść. Pod­jęto wresz­cie decy­zję odłą­cze­nia sondy.

Leka­rze orze­kli, że ciążę będzie można roz­wią­zać 14 wrze­śnia. Czy to przy­pa­dek, że to będzie święto Pod­wyż­sze­nia Krzyża Świę­tego? Przy­go­to­wana spe­cjalna apa­ra­tura do rato­wa­nia życia Doroty oka­zała się cał­kiem zbędna. Dorota uro­dziła zdro­wego, wspa­nia­łego syna. a czuła się lepiej niż inne zdrowe kobiety, które w tym cza­sie rodziły.

Prasa, kamery, pacjenci tłum­nie oto­czyli nas. Nagłówki arty­ku­łów pra­so­wych gło­siły: „Cud w szpi­talu!“, „Chora na nowo­twór mózgu wydaje na świat dziecko“, „Miłość boha­ter­skiej pol­skiej matki zwy­cię­żyła zło“. „Uro­dził się cudem. Uczyń­cie wszystko żeby żył!“ itd.

IV Ofia­ro­wa­nie

Ci obcy ludzie pła­kali. Przy­cho­dzili do nas, cało­wali ręce Doroty.
Nada­li­śmy mu imię Łukasz. Po czte­rech tygo­dniach prze­wie­ziono nas z Łukasz­kiem do Varese na oddział radio­te­ra­pii. Tam rów­nież przy­jęto nas z nad­zwy­czajną miło­ścią. W szpi­talu, przy łóżku ciężko cho­rej, lecz szczę­śli­wej mamy odbył się Łuka­sza chrzest. Goście, a była ich liczna grupa, zaśpie­wali „Czarną Madonnę“, a ksiądz powie­dział, że to „Czarna Madonna“ dopro­wa­dziła do tych uroczystości.

Do kraju wró­ci­li­śmy w końcu listo­pada. Dorota czuła się co raz lepiej — była już w rodzin­nym domu i w swoim kraju.

Nad­szedł kwie­cień. Nagle Dorota poczuła się bar­dzo źle. Odwo­zimy ją do szpi­tala.
Bada­nie kom­pu­te­rowe wyka­zuje ist­nie­nie nowego guza o dużej zło­śli­wo­ści w pła­cie czołowo-​ciemieniowym. 24 kwiet­nia stan zdro­wia Doroty jest bez­na­dziejny: wystą­piła śpiączka i brak wszel­kich reak­cji. W tym dniu Ojciec Święty beaty­fi­kuje Gio­vanni Molla, która wiele lat temu zmarła w podob­nych okolicznościach.

Po wiel­kim kry­zy­sie stan mojej córki znów się popra­wił, ale nadal był ciężki. Leka­rze mówili, że nie wie­dzą dla­czego jesz­cze żyje, że w każ­dej chwili może umrzeć. Ale ona żyła, żyła przy­bita śmier­telną cho­robą. Czę­sto patrzyła na Krzyż wiszący na ścia­nie i wycią­gała do Niego swoją lewą rękę. Nigdy się nie skar­żyła na swój los, na swoją mękę. Tuliła małego Łukaszka, który co chwilę przy­bie­gał do jej łóżka i mówił: „kocham cię mamo“. Wzru­szała się, a on klę­kał wtedy przy jej łóżku i odma­wiał pacio­rek. Pew­nego wie­czoru bar­dzo pła­ka­łam i modli­łam się w inten­cji Doroty. Kiedy zasnę­łam mia­łam senną wizję. Matka Boża pro­wa­dziła mnie ścieżką i poka­zy­wała różne domy. Naj­pierw były szare. Póź­niej coraz jaśniej­sze i ładniej­sze. Na koniec stał piękny oka­zały dom — cudow­nie oświe­tlony i cały w kwia­tach. Uśmiech­nęła się do mnie Maryja i powie­działa: „To jest dom two­jej Doroty“.

V Zna­le­zie­nie

Trzy tygo­dnie przed śmier­cią Dorota leżąc na swym łóżku wycią­gnęła swoja lewą rękę do Krzyża,
mimo że już od dawna nie mogła mówić, powie­działa: „Ja chcę już iść do Nieba“. Chcia­łam, by to jesz­cze powtó­rzyła, ale ona tylko się do mnie uśmiech­nęła. W nie­dzielę 3 wrze­śnia 1995 roku cały dzień czu­wa­li­śmy przy jej łóżku. Wie­czo­rem byłam z nią sama. Odmó­wi­łam koronkę do Miło­sier­dzia Bożego.

Tego dnia o godzi­nie 21 ode­szła do Pana. Tuli­łam jej mar­twe ciało do serca. Była już szczę­śliwa i było to widać.

Mały Łuka­szek przy­jął już I Komu­nię św. Jest mini­stran­tem, a służbę przy ołta­rzu wypeł­nia gor­li­wie. Jest zdrowy. Uczy się bar­dzo dobrze, a mamę swoją kocha tak, jakby tu żyła przy nim. Już w swoim krót­kim życiu w Adop­cję Duchową przy­jął kolejno dwoje dzieci poczętych.

Źródło:

Duchowa adop­cja

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

One Response to “Róża­niec w inten­cji nie­na­ro­dzo­nych. Róża­niec z histo­rią życia”

  1. Anna Says:

    Dzię­kuję za te roz­wa­ża­nia, wyko­rzy­stam je przy odma­wia­niu poszcze­gól­nych tajemnic.

Leave a Reply