8 uwag do wpisu “Do świątecznych katolików”

  1. Akurat dzisiaj się nasłuchałam narzeniania na kolejki do spowiedzi w… Wielką Sobotę (i oczywiście dlaczego więcej księży nie spowiada).

    Podobne kazanie powinno być chyba w każdym kościele. Wszak święta to jedyna okazja, by przemówić do owej większości polskich katolików.

  2. Czy rzeczywiście lepiej jest zniechęcać do jakiegokolwiek kontaktu z Chrystusem? Nawet jeśli jest on nie taki jak być powinien? Jak inaczej ma on dotrzeć do tych, którzy błądzą?
    Rozumiem, że czasem trzeba człowiekiem wstrząsnąć, ale czy to jest komunikat na święto Zmartwychwstania?

  3. A jeśli to jedyny dzien w roku, żeby tymi ludzmi potrząsnąć? I te bądz co bądź mocne słowa niekoniecznie mają zniechęcić do kontaktu z Bogiem. Przeciwnie, mogą niejednego nawrócic.

  4. Moniko, to był jedyny dzień w roku, żeby dotrzeć do serc tych ludzi. Słowem można uleczyć i słowem można zniszczyć człowieka. Czy jeśli w rodzinie pojawią się problemy z dzieckiem (alkohol, narkotyki itd.)to rodzice mają wstrząsnąć nim i wyrzucić go z domu, czy raczej podejść z miłością, cierpliwością i pomóc mu? Czy przypowieść o synu marnotrawnym mam traktować jak bajeczkę? Bo sądziłam ,że właśnie zgodnie z jej zasadami postępują ludzie wierzący w Boga. A po homilii dowiedziałam się, że część katolików( wciąż mam nadzieję, że mniejszość)Biblię to może i czyta ale żyć zgodnie z jej zasadami( kochać, kochać i jeszcze raz kochać drugiego człowieka) nie potrafi. Ponieważ Bóg nas pokochał powinniśmy tryskać miłością, radością i szczęściem, żeby zarażać dobrem tych wątpiących, poszukujących, zagubionych, żeby było nas więcej na co dzień i od święta

  5. TM, to chyba jest dobry sposób, ja pamiętam ochrzan jaki dostałem kilka lat temu od spowiednika, a który całkowicie odmienił moje postępowanie.

  6. Po pierwsze nie wiem, czy tzw „świątecznych katolików” można traktowac jak synów marnotrawnych. Nie dlatego, że na to nie zasługują (przeciwnie), ale dlatego, ze oni sami pewnie nie chcieliby, żeby ich tak nazywać. Pewnie niektórzy obraziliby się, obruszyli kiedy by ich tak nazwać. „Bo przecież w Boga wierzę”, ale…
    Poza tym nie słyszałam w tej homilii braku miłości. Przeciwnie. Miłośc była wyrażona w tym, że ta homilia była skierowana właśnie do tych ludzi. Przecież ojciec mógłby ich ominąć, udać, ze nie ma problemu. A jednak mówił do nich.
    Podałaś przykład alkoholizmu. To prawda, trzeba tłumaczyć cierpliwie i z miłoscią dziecku, że robi źle, pochylić się nad nim. Ale jesli to tłumaczenie nic nie daje a dziecko stacza się coraz bardziej, kochający i odpowiedzialny rodzic zastosuje srodki radykalne i może nawet wyrzuci dziecko z domu (skoro już podałaś ten przykład). Może tak ostre postawienie sprawy wstrząśnie tym dzieckiem i spowoduje jego nawrócenie i zerwanie z nałogiem.
    Miłośc to nie tylko głaskanie po główkach. Miłośc to takze pokazywanie błedów, tłumaczenie, ale kiedy to nie skutkuje, to takze zastosowanie środkow bardziej radykalnych.
    Miłośc nie polega na bezstresowym wychowaniu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>