Gdy fary­ze­usze dowie­dzieli się, że Jezus zamknął usta sadu­ce­uszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Pra­wie, zapy­tał Go, wysta­wia­jąc Go na próbę: „Nauczy­cielu, które przy­ka­za­nie w Pra­wie jest największe?“

On mu odpo­wie­dział: „«Będziesz miło­wał Pana Boga swego całym swoim ser­cem, całą swoją duszą i całym swoim umy­słem». To jest naj­więk­sze i pierw­sze przy­ka­za­nie. Dru­gie podobne jest do niego: «Będziesz miło­wał swego bliź­niego jak sie­bie samego». Na tych dwóch przy­ka­za­niach opiera się całe Prawo i Prorocy“.
Reli­gie pogań­skie umiesz­czały swo­ich bogów gdzieś daleko. Na szczy­tach gór, daleko w nie­bie lub głę­boko pod zie­mią. Z takim bogiem czło­wieka łączyć mógł tylko strach, posłu­szeń­stwo lub potrzeba. Kiedy nade­szło chrze­ści­jań­stwo Bóg stał się bli­ski. Do takiego Boga można mówić Ojcze. Bóg, który jest miło­ścią jest bli­sko, a jed­no­cze­śnie pozo­staje trzy­kroć Święty. Taki Bóg jest na odle­głość miło­ści. Ubi cari­tas, ibi Deus est. Fary­ze­usz, czło­wiek sta­rego Prawa pyta o to, które jest naj­więk­sze. Było 365 zaka­zów i około 249 naka­zów. Które więc jest naj­więk­sze? Prawo miło­ści Boga, bliź­niego i sie­bie samego. Bo jedno mamy serce. Bo miłość ma kształt krzyża. Miłość Boga do czło­wieka i czło­wieka do Boga oraz miłość mię­dzy ludźmi. Co się dzieje gdy zabrak­nie Boga w rów­na­niu miło­ści? Popa­trz­cie na Lon­dyn ostat­nich dni. Pew­nie przy­czyn jest wiele. Jed­nakże spo­łe­czeń­stwo, które pro­gra­mowo wyklu­cza Boga z życia spo­łecz­nego, z edu­ka­cji, z prze­strzeni publicz­nej samo staje się ofiarą dyk­ta­tury wol­no­ści. Rewo­lu­cja zawsze pożera wła­sne dzieci. Wszę­dzie tam gdzie wyklu­czono Boga rosły stosy tru­pów. Tak było we Fran­cji, pod­czas rewo­lu­cji paź­dzier­ni­ko­wej, w Niem­czech faszy­stow­skich. Tak jest i dziś kiedy rosną stosy dzie­cię­cych tru­pów w łonach matek. Tak było i wczo­raj pod­czas Świa­to­wych Dni Mło­dzieży. Grupa pro­te­stu­ją­cych obra­żała, pro­wo­ko­wała modlą­cych się mło­dych ludzi, obrzu­cała pre­zer­wa­ty­wami krzyż. Doszło do prze­py­cha­nek z poli­cją. Ci, któ­rzy doma­gali się tole­ran­cji i gło­sili hasła miło­ści oka­zali się nie­na­wistni i nie­to­le­ran­cyjni. Puste hasła miło­ści pozo­stają zawsze gdy odłą­czy się od nich Boga. Bez Boga Miło­ści wydani jeste­śmy na pastwę swo­ich pożą­dań, które nazy­wamy miło­ścią. Rewo­lu­cja, która odsuwa Boga, odsuwa i czło­wieka z prawdą o nim. Rodzą się hybrydy i wyroby miło­ścio­po­dobne. I na koniec rachu­nek sumie­nia dla nas samych. Kie­dyś o tym sły­sza­łem więc pole­cam to duchowe ćwicze­nie. W ramach rachunku sumie­nia z miło­ści. Weź kartkę papieru i napisz imiona wszyst­kich, któ­rych kochasz tak naprawdę. Tych, któ­rych kochasz kon­kret­nie w czy­nie. Następ­nie skreśl imiona człon­ków rodziny bo i poga­nie tak czy­nią. To będzie osta­tecz­nie spraw­dzian miło­ści do Boga.

Cud Ofiary Syna

Posted by: xTom in Ewangelia 10 Comments »

Jezus w przy­po­wie­ściach mówił do arcy­ka­pła­nów i star­szych ludu: „Kró­le­stwo nie­bie­skie podobne jest do króla, który wyprawi ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zapro­szo­nych zwo­łali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. Posłał jesz­cze raz inne sługi z pole­ce­niem: «Powiedz­cie zapro­szo­nym: Oto przy­go­to­wa­łem moją ucztę: woły i tuczne zwie­rzęta pobite i wszystko jest gotowe. Przyjdź­cie na ucztę». Lecz oni zlek­ce­wa­żyli to i poszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiec­twa, a inni pochwy­cili jego sługi i znie­wa­żyw­szy ich, pozabijali.

Na to król uniósł się gnie­wem. Posłał swe woj­ska i kazał wytra­cić owych zabój­ców, a mia­sto ich spalić.
Wtedy rzekł swoim słu­gom: «Uczta wpraw­dzie jest gotowa, lecz zapro­szeni nie byli jej godni. Idź­cie więc na roz­stajne drogi i zapro­ście na ucztę wszyst­kich, któ­rych spo­tka­cie». Słu­dzy ci wyszli na drogi i spro­wa­dzili wszyst­kich, któ­rych napo­tkali: złych i dobrych. I sala zapeł­niła się bie­siad­ni­kami. Wszedł król, żeby się przy­pa­trzyć bie­siad­ni­kom, i zauwa­żył tam czło­wieka nie ubra­nego w strój weselny. Rzekł do niego: «Przy­ja­cielu, jakże tu wsze­dłeś nie mając stroju wesel­nego?» Lecz on onie­miał. Wtedy król rzekł słu­gom: «Zwiąż­cie mu ręce i nogi i wyrzuć­cie go na zewnątrz w ciem­no­ści. Tam będzie płacz i zgrzy­ta­nie zębów».
Bo wielu jest powo­ła­nych, lecz mało wybranych“.
Ewan­ge­lia o Eucha­ry­stii. O Ofie­rze. W wymy­ślo­nej po sobo­rze Waty­kań­skim II Mszy łatwo odnieść wra­że­nie cele­bra­cji samych sie­bie. Bar­dzo nie­bez­pieczne zja­wi­sko. Naj­święt­sza Ofiara to przede wszyst­kim dzieło Syna, ofia­ru­ją­cego się Ojcu w Duchu Świę­tym. Jeśli o tym się zapo­mina Msza staje się nudna. Księża wymy­ślają co tu zro­bić, żeby było atrak­cyj­niej. I wymy­ślają… A kiedy i sztuczki się znu­dzą, clown wymy­śla nowe. A prze­cież czy­tamy, że to Król wysta­wił ucztę swo­jemu Synowi. On się ofia­ruje Ojcu, my się pod­łą­czamy pod to ofia­ro­wa­nie. Zapro­sił wielu a Ci się wymó­wili. Scena jakby żywcem z kon­fe­sjo­nału. Bo byłem na działce, bo nie pomy­śla­łem, bo aku­rat spo­tka­łem się ze zna­jo­mymi i tak wyszło itd… Więc zapro­szono złych i dobrych, tych co w łasce i tych co cze­kają do kra­tek kon­fe­sjo­nału. Do tej samej Ofiary przy­stę­po­wali święci, dok­to­rzy Kościoła, męczen­nicy oraz utru­dzona matka, dziecko przy pierw­szej komu­nii, mło­dzie­niec i sta­rzec pochy­lony bólem. Jedna i jedyna Ofiara Syna. Potem wszedł Król i zauwa­żył kogoś nie ubra­nego w strój weselny. Do Mszy świę­tej trzeba być przy­go­to­wa­nym. Wewnętrz­nie i zewnętrz­nie. Naj­pierw wewnętrz­nie. Przez łaskę sakra­men­talną, żeby w pełni uczest­ni­czyć. Potem przez np. wcze­śniej­sze prze­czy­ta­nie Ewan­ge­lii. Przez wyci­sze­nie. Nie można wpa­dać na ostat­nią chwilę. Punk­tu­al­nie zna­czy zawsze przed cza­sem. Zorien­to­wa­nie się czy dziś nie jest jakiś „spe­cjalny“ dzień w Kościele. W ostat­nią nie­dzielę o godzi­nie 20.00 kapłan cele­bro­wał Mszę świętą z for­mu­la­rza o Wnie­bo­wzię­ciu. Zwy­kle tego nie robił. I jestem prze­ko­nany, że mało kto zauwa­żył fakt, iż Msza była z innego for­mu­la­rza a więc inny kolor szat litur­gicz­nych, inne czy­ta­nia itd. Do Mszy świę­tej trzeba się przy­go­to­wać. W samej Mszy uczest­ni­czyć. Niby oczy­wi­ste, ale u nas, choć jest miej­sce w kościele, wiele osób stoi pod skle­pem „uczest­ni­cząc“ regu­lar­nie w cele­bra­cji prze­jeż­dża­ją­cego auto­busu. Samego uczest­nic­twa we Mszy świę­tej tu nie poru­szam, gdyż to oddzielny temat. Uczest­ni­czyć w sza­cie god­nej. W sza­cie łaski i sza­cie schlud­nego, god­nego ubioru. Nie­za­leż­nie od tem­pe­ra­tury należy odróż­nić plażę od miej­sca świę­tego. Gdyby ktoś dostał zapro­sze­nie na obiad u pre­zy­denta to ubrałby się sto­sow­nie nie­za­leż­nie od tem­pe­ra­tury Jak­by­ście zare­ago­wali gdyby w upalny dzień do Mszy świę­tej wyszedł Was pro­boszcz tylko w krót­kich spoden­kach i stule? Msza byłaby ważna, tylko co z tego… I jesz­cze po samej Mszy świę­tej. Nie­któ­rzy pod­czas ogło­szeń już prze­cho­dzą na drugą stronę ulicy. A Msza się chyba jesz­cze nie skoń­czyła. Poza tym naka­zem soboru Try­denc­kiego jest dzięk­czy­nie­nie po Mszy świętej.

wielu jest powo­ła­nych, lecz mało wybranych“

KRO­NIKA, CZYLI CZEGO TO KAPŁANI NIE WYMYŚLĄ

Jesz­cze coś czego mnie nie uczono, a więc podej­rze­wam, że Wam też nikt nie mówił (warto poświę­cić czas na obej­rze­nie dwóch części):

JAK TO MSZĘ PRZY STO­LIKU USTA­LANO część pierw­sza

Prawo do miłosierdzia

Posted by: xTom in Ewangelia 2 Comments »

Jezus opo­wie­dział swoim uczniom nastę­pu­jącą przy­po­wieść: „Kró­le­stwo nie­bie­skie podobne jest do gospo­da­rza, który wyszedł wcze­snym ran­kiem, aby nająć robot­ni­ków do swej win­nicy. Umó­wił się z robot­ni­kami o denara za dzień i posłał ich do winnicy.

Gdy wyszedł około godziny trze­ciej, zoba­czył innych, sto­ją­cych na rynku bez­czyn­nie, i rzekł do nich: «Idź­cie i wy do mojej win­nicy, a co będzie słuszne, dam wam». Oni poszli. Wyszedł­szy ponow­nie około godziny szó­stej i dzie­wią­tej, tak samo uczynił.
Gdy wyszedł około godziny jede­na­stej, spo­tkał innych sto­ją­cych i zapy­tał ich: «Czemu tu sto­icie cały dzień bez­czyn­nie?» Odpo­wie­dzieli mu: «Bo nas nikt nie najął». Rzekł im: «Idź­cie i wy do winnicy».
A gdy nad­szedł wie­czór, rzekł wła­ści­ciel win­nicy do swego rządcy: «Zwo­łaj robot­ni­ków i wypłać im należ­ność, począw­szy od ostat­nich aż do pierw­szych». Przy­szli najęci około jede­na­stej godziny i otrzy­mali po dena­rze. Gdy więc przy­szli pierwsi, myśleli, że wię­cej dostaną; lecz i oni otrzy­mali po dena­rze. Wziąw­szy go, szem­rali prze­ciw gospo­da­rzowi, mówiąc: «Ci ostatni jedną godzinę pra­co­wali, a zrów­na­łeś ich z nami, któ­rzy­śmy zno­sili cię­żar dnia i spie­koty». Na to odrzekł jed­nemu z nich: «Przy­ja­cielu, nie czy­nię ci krzywdy; czy nie o denara umó­wi­łeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostat­niemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczy­nić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?»
Tak ostatni będą pierw­szymi, a pierwsi ostatnimi“.
Bóg nie jest dobrym eko­no­mem. Płaci wszyst­kim po dena­rze. Tym, któ­rzy się tru­dzili cały dzień swo­jego życia i tym, któ­rzy w ostat­niej godzi­nie weszli do win­nicy. Taka jest miara miło­sier­dzia, któ­rego przy­zy­wamy nad nami i nad całym świa­tem. Pan win­nicy może zro­bić ze swoim co chce. Nawet jeśli dla nas będzie to nie­zro­zu­miałe. Kim jeste­śmy by wymie­rzać miło­sier­dzie? A prze­cież im więk­szy grzesz­nik tym ma więk­sze prawo do miło­sier­dzia. I zda­rza się, że nasze modli­twy zano­simy w słusz­nych potrze­bach. Kto jed­nak modli się za publicz­nych grzesz­ni­ków? Za tych, któ­rzy otwar­cie wal­czą z Bogiem i Jego Kościo­łem. Oni potrze­bują modli­twy bo Pan win­nicy wycho­dzi po każ­dego nio­sąc denar zba­wie­nia. Potrzeba tylko decy­zji wej­ścia. Im nie odma­wiajmy miło­sier­dzia. Nie narzu­cajmy Bogu swo­ich miar spra­wie­dli­wo­ści. Nie przy­ci­najmy Boga do roz­miaru naszego serca. Jest taki zapo­mniany chyba przez nas święty. Święty dobry Łotr. Ostat­nia chwila życia. W ludz­kiej mie­rze słusz­nie odbiera karę. Pan na łodzi krzyża przy­nosi mu denar. Decy­zja. Kano­ni­za­cja. Nawet swo­jej Matki Chry­stus nie kano­ni­zo­wał. On jeden, święty Dobry Łotr, patron wcho­dzą­cych w ostat­niej godzi­nie do Winnicy.
Jest jesz­cze święty Jacek, pra­cow­nik win­nicy. Z Naj­święt­szym Sakra­men­tem i Maryją w rękach. Jakby stresz­czał to, co ściśle kato­lic­kie. To wszystko co potem odrzuci here­zja pro­te­stancka. Oni też spo­tkali się w win­nicy. Obaj, o róż­nej godzi­nie weszli, otrzy­mali tę samą nagrodę. Mimo naszych kalkulacji.

Jak długo Moj­żesz trzy­mał ręce pod­nie­sione do góry, Izrael miał prze­wagę. Gdy zaś ręce opusz­czał, miał prze­wagę Ama­le­kita. Gdy ręce Moj­że­sza zdrę­twiały, wzięli kamień i poło­żyli pod niego, i usiadł na nim. Aaron zaś i Chur pod­parli jego ręce, jeden z tej, a drugi z tam­tej strony. W ten spo­sób aż do zachodu słońca były ręce jego stale wznie­sione wysoko. I tak zdo­łał Jozue poko­nać Ama­le­ki­tów i ich lud ostrzem mie­cza.
Od czasu kiedy Miłość przy­szła na świat trwa wojna. Mistrz rzu­cił Ogień na zie­mię. Powstało poróż­nie­nie. Syno­wie świa­tła toczą bój z dziećmi ciem­no­ści. Augu­styn przed­sta­wił to przez ana­lo­gię w dwu­dzie­stu dwu księ­gach „De civi­tate Dei“. Walka mię­dzy dwiema miło­ściami. Miło­ścią wła­sną, «aż po obo­jęt­ność na Boga», i miło­ścią Boga, «aż po obo­jęt­ność na samego sie­bie» (De civi­tate Dei, XIV, 28). Każdy kto uważ­nie obser­wuje to się dzieje na świe­cie wie, że walka ta się nie skoń­czyła. Co wię­cej, jakby się nasi­lała. Wyda­wać się mogło, że czło­wiek już nic strasz­niej­szego niż II wojna świa­towa wymy­ślić nie może. A jed­nak… 46 000 000 zabi­tych dzieci rocz­nie. Nie liczę zabi­tych star­ców i cho­rych. Nie spo­sób zli­czyć ani zmie­rzyć akcep­ta­cji wyna­tu­rzeń. Miliony osób codzien­nie wal­czą. O zacho­wa­nie wiary, o wyzwo­le­nie z grze­chu. Inte­lek­tu­ali­ści wal­czą pió­rem i argu­men­tami, cho­rzy wal­czą ofia­ru­jąc cier­pie­nie itd. Jak Jozue z Ama­le­ki­tami. Walka jest moż­liwa tylko wtedy gdy ktoś się modli. Moj­żesz wzno­sił ręce w górę, pod­pie­rali go Aaron i Chur. Potrzeba wzno­sze­nia rąk. Cały czas. Chce więc zwró­cić Waszą uwagę na Ado­ra­cję Naj­święt­szego Sakra­mentu. Wzno­sze­nie rąk za tych, któ­rzy wal­czą. W wielu para­fiach jest obecna. W wielu nie­stety nie… Cza­sem potrzebna jest walka dzień i noc. W War­sza­wie jest tylko jedna para­fia z Wie­czy­stą Ado­ra­cją (dzień i noc). Dla­tego pro­szę Was byście popro­sili Waszych księży pro­bosz­czów o moż­li­wość Ado­ra­cji. Daj Boże, żeby była to Ado­ra­cja Wie­czy­sta. W wielu kościo­łach nie będzie to moż­liwe ze wzglę­dów tech­nicz­nych. Jed­nak zawsze moż­liwa jest ado­ra­cja od końca ostat­niej Mszy ran­nej, do początku pierw­szej Mszy wie­czor­nej. Wielu pro­bosz­czów będzie wykrę­cało się moż­li­wo­ścią kra­dzieży, wielu kapła­nów nie będzie chciało wziąć odpo­wie­dzial­no­ści za duchowe pro­wa­dze­nie grupy ado­ru­ją­cych. Nie daj­cie się. Nasta­waj­cie w porę i nie w porę. Poka­zuj­cie przy­kłady, prze­ko­nuj­cie, pro­ście i módl­cie się za Waszych dusz­pa­ste­rzy. Ręce muszą być stale wznie­sione… Para­fia, w któ­rej nie znaj­dzie się kil­ka­dzie­siąt ado­ru­ją­cych osób jest para­fią martwą…

Dołą­czam poży­teczne linki z infor­ma­cjami doty­czą­cymi ducho­wo­ści i szcze­gó­łów prak­tycz­nych Adoracji:

POR­TAL DLA ADORUJĄCYCH

WIE­CZY­STA ADORACJA

Prawo ziarna

Posted by: xTom in Ewangelia No Comments »

Jezus powie­dział do swo­ich uczniów: „Zaprawdę, zaprawdę, powia­dam wam: Jeżeli ziarno psze­nicy wpadł­szy w zie­mię nie obumrze, zosta­nie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przy­nosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nie­na­wi­dzi swego życia na tym świe­cie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał mi słu­żyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli kto Mi służy, uczci go mój Ojciec“.

Trudny jest los ziarna. Jest cał­ko­wi­cie w rękach tego, który sieje. Wpada w zie­mie, która nie zawsze jest żyzna. Musi wro­snąć w zie­mię, jed­no­cze­śnie wzbi­ja­jąc się w górę. Naj­trud­niej­sze jest obumar­cie. Tak zakwita życie, tak rodzi się plon, który nasyca. Waw­rzy­niec, dia­kon cał­ko­wi­cie w rękach Boga, wrzu­cony w nie­wdzięczną glebę cesar­stwa, obumarł. Choć zarzą­dzał mająt­kiem kościel­nym, posiadł skarb na wieki. Wydał plon. Krew męczen­ni­ków, jest posie­wem wyznaw­ców. Waw­rzy­niec, patron tych, co zostali rzu­ceni w trudną glebę. I tych, co chcą wydać plon pier­wej umierając.