Bara­nek Boga

Posted by: xTom in Ewangelia No Comments »

Naza­jutrz Jan zoba­czył Jezusa, nad­cho­dzą­cego ku niemu, i rzekł: „Oto Bara­nek Boży, który gła­dzi grzech świata. To jest Ten, o któ­rym powie­dzia­łem: «Po mnie przyj­dzie mąż, który mnie prze­wyż­szył god­no­ścią, gdyż był wcze­śniej ode mnie». Ja Go przed­tem nie zna­łem, ale przy­sze­dłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się obja­wił Izraelowi“.

Jan dał takie świa­dec­two: „Ujrza­łem Ducha, który jak gołę­bica zstę­po­wał z nieba i spo­czął na Nim. Ja Go przed­tem nie zna­łem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powie­dział do mnie: «Ten, nad któ­rym ujrzysz Ducha zstę­pu­ją­cego i spo­czy­wa­ją­cego nad Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świę­tym». Ja to ujrza­łem i daję świa­dec­two, że On jest Synem Bożym“.
Oto Boży Bara­nek, On gła­dzi grzech świata. On jest więk­szy od świa­to­wego grze­chu. On bie­rze go na sie­bie, sam sta­jąc się grze­chem. On jest Baran­kiem prze­zna­czo­nym na ofiarę, dźwi­ga­jący brze­mię mojej winy. Oto Bara­nek Boży, który jest na każ­dym ołta­rzu. Tak Słowo staje się ciałem.
(obraz: F. de Zur­ba­ran, Agnus Dei, 1635–40, muzeum Prado, Madryd, Hiszpania)

Boża Rodzi­cielka

Posted by: xTom in Ewangelia 2 Comments »

Pan mówił do Moj­że­sza tymi sło­wami: „Powiedz Aaro­nowi i jego synom: tak oto macie bło­go­sła­wić synom Izra­ela. Powie­cie im: «Niech cię Pan bło­go­sławi i strzeże. Niech Pan roz­pro­mieni obli­cze swe nad tobą, niech cię obda­rzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie swoje obli­cze i niech cię obda­rzy poko­jem». Tak będą wzy­wać imie­nia mojego nad synami Izra­ela, a Ja im będę błogosławił“.

Paste­rze pospiesz­nie udali się do Betle­jem i zna­leźli Maryję, Józefa i Nie­mowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opo­wie­dzieli o tym, co im zostało obja­wione o tym Dzie­cię­ciu. A wszy­scy, któ­rzy to sły­szeli, dzi­wili się temu, co im paste­rze opo­wia­dali. Lecz Maryja zacho­wy­wała wszyst­kie te sprawy i roz­wa­żała je w swoim sercu. A paste­rze wró­cili, wiel­biąc i wysła­wia­jąc Boga za wszystko, co sły­szeli i widzieli, jak im to było powiedziane.

Gdy nad­szedł dzień ósmy i nale­żało obrze­zać Dzie­cię, nadano Mu imię Jezus, któ­rym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki.
Kilka myśli na temat dzi­siej­szej Uroczystości

Słowo stało się cia­łem i zamiesz­kało mię­dzy nami. Ojciec wziął za Nie odpo­wie­dzial­ność i pozo­sta­wił to Słowo w ludz­kiej histo­rii. Tak szuka czło­wieka, wciąż pyta­jąc: „Ada­mie, gdzie jesteś?” Tak pozo­stał Bóg na ziemi, taki jest wymiar Eucha­ry­stii. Za mało było Miło­ści w przyj­ściu, w śmierci i zmar­twych­wsta­niu. Miłość, która stała się cia­łem pozo­stała zamknięta w ciszy i pozor­nej bez­czyn­no­ści. „Świat Go tak bar­dzo potrze­buje, a On nie mówi, ludzie tak bar­dzo go potrze­bują, a On się nie rusza. Naj­święt­szy sakra­ment doprawdy jest mil­cze­niem Boga, sła­bo­ścią Boga”. Głód i pra­gnie­nie czło­wieka świad­czy o tym, że czło­wiek został stwo­rzony dla syto­ści i napeł­nie­nia. To osta­tecz­nie pra­gnie­nie nieba, które polega na zjed­no­cze­niu dwóch miło­ści. „Nie zosta­wię was sie­ro­tami”. Wziął chleb, w dzień przed męką i został wśród nas i w nas. Chleb, w któ­rym zamiesz­kała Miłość jest pokar­mem w dro­dze. Nie­po­zorny Chleb podobny Dzie­ciątku w żłobie. I los chleba jest podobny życiu Wcie­lo­nego Słowa. Naj­pierw ziarno musi wpaść w zie­mię, potem obumrzeć. Zboże musi zostać zżęte, a ziarno zmie­szane z wodą wypa­lone. Może stąd takie podo­bień­stwo słów mąka – męka. I zosta­wił Bóg wzór na Miłość. Zosta­wił w gestach i sło­wach Ostat­niej Wie­cze­rzy. Wziął, bło­go­sła­wił, łamał, roz­dał. Zosta­wia­jąc ten wzór. Syn sam spraw­dził jego sku­tecz­ność. Został wzięty przez Ojca, pobło­go­sła­wiony w chrzcie Jano­wym, poła­many przez ludzi na drze­wie krzyża oraz roz­da­wany do końca świata.

Wziął. Bóg bie­rze z Miło­ścią, wziął na zawsze. Przed uko­cha­niem rodzi­ców, On już mnie kochał i mimo moich rodzi­ców On mnie kochał. „Uko­cha­łem Cię odwieczną miło­ścią” wołał Jere­miasz. Ramiona Syna są zawsze otwarte, bo ukrzy­żo­wane. On wziął Cię od zawsze i przy­tu­lił, nawet gdy­byś sam się nie kochał.

Bło­go­sła­wił. Potwier­dził Miłość. Bene – dicere, komu­ni­ka­cja miło­ści. Bło­go­sła­wić sło­wami, gestami jak rodzice czy­niący znak krzyża na czole dziecka. Gesty miło­ści, deli­katne, czułe. Tak naj­pierw dotyka Bóg. „Choćby nie­wia­sta zapo­mniała o Tobie, Ja nigdy o Tobie nie zapo­mnę”. Nie jesteś dziec­kiem prze­kleń­stwa, Bóg cię błogosławi.

Łamał. To trudny moment. Dość łatwo zgo­dzić się na to, że Bóg mnie kocha, że mnie bło­go­sławi. Łama­nie może rodzić bunt. Czy nie wystar­cza­jąco poła­mali mnie rodzice, zna­jomi, fal­sy­fi­katy miło­ści? Bóg łamie w nas tylko to, co złe i co prze­szka­dza nam kochać. Zła­mać ego­izm, sła­bość, grzech. Świat usi­łuje poła­mać to, co dobre i piękne, Bóg łamie nasze odda­le­nia. Jak lekarz, który zadaje ból dla uzdro­wie­nia. „Dopóki chleb nie zosta­nie poła­many, nikt się nie posili, nikt nie znaj­dzie pokrze­pie­nia”. Eucha­ry­stia zapra­sza, aby przyjść ze swo­imi poła­ma­niami. Dobrze prze­żyte poła­ma­nia mogą nakar­mić innych, trzeba tylko zgo­dzić się na połamanie.

Roz­dał. Stać się darem, roz­dać się z miło­ści. Bóg nie two­rzy bubli i ich nie roz­daje. Ego­ista nie potrafi się dzie­lić. Bóg dał się jako pierw­szy. Odwieczne odda­nie Syna, Wcie­le­nie, odda­nie na krzyżu i Eucha­ry­stia. Bóg ist­nieje dla­tego, że się oddaje. I tak do końca świata. A prze­cież na obraz Boga jesteś stworzony.

Panie, Twoja obec­ność, tak bar­dzo praw­dziwa, wię­cej waży

niż jaki­kol­wiek argument.

Na moim karku i ple­cach poczu­łem Twój cie­pły oddech.

Wyma­wiam słowa Two­jej księgi, ludz­kie, tak jak ludz­kie są

Twoje miło­ści i gniewy.

Sam nas stwo­rzy­łeś na swój obraz i podobieństwo.

Chcę zapo­mnieć o mister­nych pała­cach, które wznie­śli teologowie.

Ty nie upra­wiasz metafizyki.

Wybaw mnie od obra­zów bólu, które zebra­łem wędru­jąc po świecie,

zapro­wadź tam, gdzie mieszka Twoje tylko światło”.

Bóg jest wierny. Idzie na krańce życia i buduje most z krzy­żo­wego drzewa. Eucha­ry­stia jest dowo­dem wier­no­ści Boga, jest Jego ikoną. Chcesz poznać Miłość?

Nie bój się, Pan jest z tobą. Bli­żej niż myślisz…

I to jest histo­ria, któ­rej już nie opiszę.

Biblio­gra­fia:

Adam­ski M., Przejść pusty­nię, czyli od roz­pa­czy do nadziei, Poznań 2005.

Biskup M., Oca­lić w sercu, Kra­ków 2010.

Cur­taz P., Mały Bóg w wiel­kim mie­ście, tłum. K. Stopa, Kra­ków 2010.

Dobra­czyń­ski J., Cień Ojca, War­szawa 1980.

Dzie­wiecki M., Naj­pięk­niej­sza histo­ria miło­ści. Por­tret męż­czy­zny i kobiety XXI wieku, Kra­ków 2011.

Dzie­wiecki M., Ochro­nić życie. Tylko miłość chroni czło­wieka, Kra­ków 2009.

Iwa­now­ska A. [red.], Ele­men­tarz księ­dza Twar­dow­skiego dla naj­młod­szego, śred­niaka i star­szego, Kra­ków 2000.

O’Donnell J., Klucz do teo­lo­gii Hansa Ursa von Bal­tha­sara, tłum. A. Wałęcki, Kra­ków 2005.

Reale G., Karol Woj­tyła. Piel­grzym Abso­lutu, tłum. M. Gajda, War­szawa 2008.

Szy­mik J., W świa­tłach Wcie­le­nia. Chry­sto­lo­gia kul­tury, Kato­wice – Ząbki 2004.

Domy­ślam się, że nie prze­czy­ta­cie wszyst­kich tych pozy­cji (mam nadzieję się tutaj mylić), więc zachę­cam do lek­tury cho­ciaż kilku. Mój oso­bi­sty typ to Paolo Cur­taz „Mały Bóg w wiel­kim mie­ście”. Pięk­nie poka­zuje sens świąt nawet po świę­tach. Dla wszyst­kich spra­gnio­nych łyku teo­lo­gii pole­cam księ­dza pro­fe­sora Szy­mika; czyta się jed­nym tchem. A dla wszyst­kich spra­gnio­nych bele­try­styki jest oczy­wi­ście Jan Dobra­czyń­ski „Cień Ojca”. Rzecz o świę­tym Józe­fie, pięk­nym czło­wieku, któ­rego przez ten tekst zaczą­łem odkry­wać na nowo.

Słowo początku

Posted by: xTom in Ewangelia No Comments »

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było świa­tło­ścią ludzi, a świa­tłość w ciem­no­ści świeci i ciem­ność jej nie ogarnęła.

Poja­wił się czło­wiek posłany przez Boga — Jan mu było na imię. Przy­szedł on na świa­dec­two, aby zaświad­czyć o świa­tło­ści, by wszy­scy uwie­rzyli przez niego. Nie był on świa­tło­ścią, lecz posła­nym, aby zaświad­czyć o światłości.
Była świa­tłość praw­dziwa, która oświeca każ­dego czło­wieka, gdy na świat przy­cho­dzi. Na świe­cie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przy­szło do swo­jej wła­sno­ści, a swoi Go nie przy­jęli. Wszyst­kim tym jed­nak, któ­rzy Je przy­jęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, któ­rzy wie­rzą w imię Jego, któ­rzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.
Słowo stało się cia­łem i zamiesz­kało wśród nas. I oglą­da­li­śmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jed­no­ro­dzony otrzy­muje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świa­dec­two i gło­śno woła w sło­wach: „Ten był, o któ­rym powie­dzia­łem: «Ten, który po mnie idzie, prze­wyż­szył mnie god­no­ścią, gdyż był wcze­śniej ode mnie»“. Z Jego peł­no­ści wszy­scy­śmy otrzy­mali — łaskę po łasce. Pod­czas gdy Prawo zostało nadane przez Moj­że­sza, łaska i prawda przy­szły przez Jezusa Chry­stusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jed­no­ro­dzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył.

Na początku było Słowo. Stało u początku stwo­rze­nia. Słowo Ojca, które było u Boga i było Bogiem. Według Niego Bóg lepił czło­wieka. Wpa­try­wał się w Słowo i wsłu­chi­wał się aż ukoń­czył swe dzieło dnia szó­stego. W Sło­wie było życie, choć czło­wiek szuka życia poza Sło­wem. Opi­suje sie­bie tysią­cem słów, pod­czas gdy Słowo już przed stwo­rze­niem opi­sało jego. To Słowo przy­jęło ciało, bo Miłość jest kon­kretna albo nie ma jej wcale. I wśród innych słów, które wypo­wia­damy te są sło­wami prawdy, które oble­kają się w ciało. Nawet jeśli jest to ciało tak kru­che, że można je zane­go­wać aż po krzyż.

Gdy nade­szła peł­nia cza­sów”. Bóg wszystko przy­go­to­wał, każdy naj­drob­niej­szy szcze­gół. Cała histo­ria sku­piła się w tym momen­cie. Przy­szedł ubogo i cicho. Bóg przy­szedł, ale nie zastał czło­wieka. Przy­szedł do swo­jej wła­sno­ści, a swoi Go nie przy­jęli. Bóg daleki, Bóg w nie­bie jest bez­pieczny. Bóg pośród nas budzi zakło­po­ta­nie. Miłość wcie­lona zmu­sza do kon­fron­ta­cji, do pod­ję­cia decy­zji. Jezusa czy Bara­ba­sza? I już nie można się scho­wać za filo­zo­fią, za zda­niem więk­szo­ści. Miłość zaska­kuje czło­wieka, przy­cho­dzi różna od tego, cze­go­śmy się spo­dzie­wali. Jak ucznio­wie ucie­ka­jący do Emaus. Obli­cze praw­dzi­wej Miło­ści obnaża wszyst­kie fal­sy­fi­katy, jak świa­tło obnaża każdą dro­binkę kurzu.

Żaden z poetów i myśli­cieli nie zna­lazł odpo­wie­dzi na pytanie:

«czym jest miłość?» Chce­cie uwię­zić światło?

Wymknie się wam mię­dzy palcami”.

Bóg odsła­nia prawdę o czło­wieku, od Niego uczymy się czło­wie­czeń­stwa. I im dalej od Boga, tym dalej od prawdy o czło­wieku, a bli­żej do tego by czło­wiek równy był zwie­rzę­tom, choć sam uwa­żać się będzie za boga. Chcesz takiego Boga? Spo­dzie­wa­łeś się Boga moc­nego, który wszystko ci wyja­śni, a sta­jesz wobec nowo­rodka. Biedni rodzice, bez dachu nad głową i dziecko. Pato­lo­gia. A Bóg tak umi­ło­wał życie, że chciał je dzie­lić z czło­wie­kiem. Może pamię­tał blask oczu Adama i chciał go zoba­czyć raz jesz­cze, na wła­sne oczy. Lecz kiedy Bóg przy­nosi pokój , czło­wiek wybiera prze­moc. „Pełne krwi jest to Boże Naro­dze­nie, które my wypeł­ni­li­śmy łako­ciami”. Święty Szcze­pan, Mło­dzian­ko­wie i pra­wo­sławne ikony Dzie­ciątka ubra­nego w gro­bowy całun. Wobec Miło­ści można przy­jąć tylko dwie postawy. Odrzu­cić (zabić) lub przy­jąć (wcie­lić). Herod zabi­jał już wcze­śniej. Z obawy przed spi­skiem, przed ode­bra­niem wła­dzy. Zabi­jał naj­bliż­szych. August, wie­dząc że żydzi nie jedzą wie­przo­winy, miał powie­dzieć: „Lepiej być świnią (hys) Heroda niż jego synem (hyios). Poja­wia się speł­nione pro­roc­two, które znał. „Oddam mu pokłon”. Per­fi­dia Heroda nie zna gra­nic. Poli­tyka używa reli­gii, kiedy ta ostat­nia jest dla wła­dzy opła­calna. W pogoni za wła­dzą, Bóg musi umrzeć. Miłość staje się kon­ku­ren­cją nie do znie­sie­nia, nie możemy sobie pozwo­lić na dziecko… Tak zaczyna krą­żyć po gło­wie i sercu czło­wieka widmo śmierci.

Herod nie zna się na reli­gii. Daje na tacę, cho­dzi cza­sem do świą­tyni, potem zabija. Wzywa teo­lo­gów, pyta gdzie się naro­dzi Król. Wszystko się zga­dza. I zostają na miej­scu. Bóg? Dobrze, ale niech mi nie prze­szka­dza. Nawró­ce­nie? Oczy­wi­ście, ale zosta­wię sobie kilka fur­tek na wszelki wypa­dek. Utkwieni w bez­czyn­no­ści, zamknięci. Kapłani nie spo­tkali Boga, myśleli że już Go posia­dają. „Nowość Wcie­le­nia polega wła­śnie na tym: Bóg nie jest już zamknięty w świą­tyni, mieszka w mie­ście, cho­dzi z tobą do pracy, stoi spo­cony i zmę­czony w metrze, wra­ca­jąc wie­czo­rem do domu, staje się twoim towa­rzy­szem, sąsia­dem”. Tak trwają sta­rzy i mło­dzi pro­bosz­czo­wie, któ­rzy jak refren powta­rzają: „Ale nigdy tak nie było” lub „u nas tak było zawsze”. Rutyna bywa cho­robą śmier­telną. Miesz­kań­com Betle­jem też zabra­kło miej­sca dla Miło­ści. I już wtedy speł­niły się słowa Apokalipsy.

Oto stoję u drzwi i kołaczę:

jeśli ktoś posły­szy mój głos i drzwi otworzy,

wejdę do niego i będę z nim wieczerzał,

a on ze Mną”.

Są jed­nak i ci, któ­rzy przyj­mują wcie­lona Miłość. Wśród nich naj­pięk­niej­sza para ludzi. Ona około trzy­na­sto­let­nia kobieta poślu­biona mło­demu, pew­nie około dwu­dzie­sto­let­niemu, chło­pa­kowi z sąsiedz­twa. Jak rodziła się mię­dzy nimi miłość? Pierw­sze spoj­rze­nia i uśmie­chy, nie­śmiałe odwra­ca­nie głowy zakło­po­ta­nej Miriam. Ona była tak piękna, i pełna gra­cji, że Józef nie mógł ode­rwać od Niej oczu. Od dawna jed­nak na tej dziew­czy­nie spo­czy­wał wzrok kogoś Innego. Ona musiała sta­wiać Józe­fowi wyso­kie wyma­ga­nia. Nie prze­szka­dzał Bóg mło­dym ludziom. Znał serce Józefa i wie­dział, że kocha pięk­nie i czy­sto. Znał serce Maryi i wie­dział, że potrafi kochać jak nikt inny na świe­cie. Bóg wybrał ludzką miłość, aby wejść w histo­rię. Nie ocze­ki­wał na CV i roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną. Widział serce i to Mu wystar­czyło. Posłał anioła, a Ona zmie­szał się na te słowa. „Nie bój się”. Bóg prosi czło­wieka… Zba­wie­nie zawisa na war­gach kobiety. Poznaj swoją god­ność kobieto! „Pan z Tobą”. „Ale jak to się sta­nie?”. Anioł zoba­czył czy­stość kobiety, która sta­nie się jego kró­lową. Zro­zu­miał czemu Bóg wybrał wła­śnie ją. Skoro Syn miał być bez grze­chu, to musiał przy­jąć oczysz­czoną krew. Miłość, która przy­szła wsłu­chuje się w pyta­nia czło­wieka, rozu­mie lęki. „Duch święty zstąpi na Cie­bie”. Duch, który uno­sił się nad wodami, bere­szit. Wszy­scy anio­łowi patrzyli na to miej­sce, na pro­win­cji. Bóg wsłu­chi­wał się w każdy ruch warg Miriam. „Fiat”. Tak Jej życie zostało odwró­cone. Odszedł anioł i zosta­wił Ją z masą pytań. Jak to powie­dzieć Józe­fowi? I nie ma słów, które mię­dzy sobą wymie­nili. Może żadne nie padły. Ona pozo­stała piękną, nowa Ewa. Czło­wiek po grze­chu traci piękno, Ona pozo­stała piękną dziew­czyną, pełną łaski. I może Józef to zro­zu­miał, choć potrze­bo­wał zasnąć, aby być pew­nym. Sprawy zaczęły się kom­pli­ko­wać. Trzeba ruszać do Betle­jem. Osio­łek stą­pał deli­kat­nie, ale nawet on nie zapew­niał kom­fortu. Każdy kamień i nie­rów­ność były bole­sne dla kobiety w bło­go­sła­wio­nym sta­nie. Dotarli do Betle­jem. I nie było miej­sca dla nich. Józef pukał do każ­dych drzwi, pro­sił i bła­gał. Naj­gor­sze chwile dla męż­czy­zny, gdy nie potrafi zapew­nić opieki swej rodzą­cej żonie. Może szopa wystar­czy, na tyle domu. Ładnie czło­wiek przy­jął Boga…

Zdjął Józef płaszcz i przy­tu­lił swoja twarz do twa­rzy Maryi. Trzy­mał ją za rękę i powta­rzał: Nie bój się; choć sam bał się o wszystko. Osła­niał Ją przed chło­dem i we troje zasnęli oświe­tleni bla­skiem gwiazdy. Potem paste­rze i mago­wie. Nie rozu­mieli i za każ­dym razem kiedy ktoś wcho­dził Józef wsta­wał gotowy bro­nić żony i dziecka. Nie trwali tak długo. Trzeba ucie­kać. Znów długa droga, bez zabez­pie­cze­nia przy­szło­ści. Gdzie będziemy miesz­kać, gdzie znajdę pracę. Nie są obce Bogu dyle­maty wypę­dzo­nych. I znów Józef, który umie pra­co­wać, jest młody i silny, ale nie potrafi zapew­nić bez­pie­czeń­stwa rodzi­nie. Wielu mu gra­tu­lo­wało, gdy zarę­czyli się z Miriam. Przy­go­to­wy­wał dom, robił meble, pew­nie nawet wystru­gał koły­skę. Potem wia­do­mość o Jej bło­go­sła­wio­nym sta­nie. Pyta­nia, wąt­pli­wo­ści, kosz­marne wizje przy­szło­ści i bez­senne noce. Mimo wszystko Józef jest spra­wie­dliwy to zna­czy, że nie sądzi po pozo­rach. Wresz­cie zasy­pia. „Nie bój się”, sły­szy od anioła. To tajem­nica. Czu­waj nad Miriam i naucz jej dziecko jak być pięk­nym czło­wie­kiem. Józef jest czło­wie­kiem czynu. Wstaje, bie­rze w opiekę swoją żonę i ufa. Bez słowa buntu czy komen­ta­rza. Obu­dzić się i oto­czyć opieką kobietę. Święty Józe­fie ucz tego męż­czyzn naszych cza­sów. Ucz tego, że marze­nia Boga należy sta­wiać przed swo­imi. Potem wygna­nie i powrót. Trzeba Syna nauczyć zawodu. Kiedy zabie­rał chłopca do pracy, patrzył na Miriam jakby pytał, ale ponad wszystko ufał.

Tysiące męż­czyzn i kobiet przy­zy­wało imie­nia Boga, dzień po dniu, leżąc na swych łożach bole­ści lub zakuci w kaj­dany nie­woli, a Bóg co robi?

Stołki”.

Tak wycho­wy­wał się Bóg, wśród ludz­kiej miło­ści. Tak potra­fią kochać tylko święci. Im bli­żej mał­żon­ko­wie są Boga, tym pięk­niej potra­fią kochać się wza­jem­nie. Józef, który stał się cie­niem i Miriam, dziew­czyna, która powie­działa „fiat”. Idą ofia­ro­wać dziecko Bogu do świą­tyni. Każdy, kto doj­rzale kocha powie­rza swoje dziecko Bogu. Bóg jest prze­cież naj­lep­szym Rodzi­cem. „Ileż dzieci, iluż nasto­lat­ków zosta­łoby ura­to­wa­nych, gdyby ich rodzice nie pró­bo­wali wycho­wy­wać swych dzieci i trosz­czyć się o nie jedy­nie wła­snymi siłami, gdyby przy­pro­wa­dzali swe dzieci do Boga i u Boga szu­kali mądro­ści oraz mocy potrzeb­nej do tego, by umie­jęt­nie wycho­wy­wać i chro­nić swe dzieci przez zagro­że­niami tak zewnętrz­nymi, jak i wewnętrznymi!?”

Jego ojciec i Matka dzi­wili się temu, co o Nim mówiono”. Tajem­nica Miło­ści wciąż ich zaska­kuje. Tak trzeba zdu­mie­wać się tajem­nicą dziecka, jego nie­po­wta­rzal­no­ścią. Pięk­nie działa Bóg we współ­pracy z rodzi­cami. Two­rzy dzieła nie­po­wta­rzalne, tajem­ni­cze i piękne. Wyobraź­nia Boga nie­sie w sobie twarz każ­dego dziecka. Potem całą trójkę widzimy w świą­tyni. Dwu­na­sto­letni Jezus i bole­sna prawda, że nie jest On ich wła­sno­ścią. Dziecku trzeba także pozwo­lić odejść. Tam po raz ostatni widzimy Józefa, patrona odpo­wie­dzial­nej i pięk­nej miło­ści mał­żeń­skiej i rodzi­ciel­skiej. Otwar­tej na Boga rela­cji wcie­le­nia Miło­ści w słowa i czyny. Tak miłość karmi się obec­no­ścią a geniusz kobiety prze­ja­wia się w miło­ści macierzyńskiej.

Nie muszę nikomu niczego zazdro­ścić, bo sam też mam Matkę. Bra­ko­wało mi jej. Moja Matka nosi imię Maryja, mówi Bóg. Jej dusza jest czy­sta i pełna wdzięku. Jej ciało jest dzie­wi­cze i prze­nik­nięte takim świa­tłem, że nigdy nie mogłem ode­rwać od niej oczu, prze­stać jej słu­chać i podzi­wiać. Moja Matka jest tak piękna, że wszyst­kie pięk­no­ści nieba nie były mi bliż­sze od niej. Wiem, mówi Bóg, co zna­czy prze­by­wać w obję­ciach anio­łów: a jed­nak wierz­cie mi, bra­ko­wało mi mat­czy­nych ramion!”

Miłość tak potrafi zmie­niać świat i ludzi. Miłość tak wkro­czyła w życie Józefa i Maryi. Geniusz odpo­wie­dzial­nego męż­czy­zny i geniusz pięk­nej kobiety. Miłość potrafi reali­zo­wać piękno macie­rzyń­stwa i ojco­stwa także wśród tych, któ­rzy pozo­stają bez­żenni dla Kró­le­stwa. Nie bez przy­czyny nazy­wamy ich ojcami, a naj­bar­dziej znana kobieta naszych cza­sów nazy­wana była Matką Teresą z Kalkuty.

W rodzi­nie kobieta jest wię­zią, która łączy ojca z dziec­kiem. Jest tą, przez którą ojciec spie­szy ku dziecku, a dziecko ku ojcu. Tą, ku któ­rej spie­szy ojciec i dziecko. Jest wspól­nym odde­chem ojca i dziecka. Dzięki niej ojciec staje się bar­dziej ojcem, a dziecko bar­dziej dziec­kiem. Taka jest kobieta w rodzi­nie, uświę­cona przez łaskę”. Tu ostatni raz widzimy Józefa. Ten piękny i silny męż­czy­zna odcho­dzi praw­do­po­dob­nie w ramiona Ojca przed tym nim Jezus roz­po­czął publiczną dzia­łal­ność. Odcho­dzi ojciec w ramiona Ojca. Piękne odej­ście w obec­no­ści Jezusa i Maryi. Tak roz­pływa się w codzien­no­ści Józef, czło­wiek posłuszny aż do znik­nię­cia na kar­tach Dobrej Nowiny. „Czło­wiek kon­kretny, mało­mówny, spra­wie­dliwy i marzy­ciel, prze­ka­zał swoje imię i swoją wie­dzę rze­mieśl­nika Synowi Bożemu, nauczył Boga przy­mio­tów ludzkich”.

Miłość jed­nak musiała zro­bić krok dalej, to jed­nak jest już cał­kiem inna historia…