Doświad­cze­nie Zmar­twych­wsta­nia w nie­obec­no­ści, w nie­spot­ka­niu. Dziwne doświad­cze­nie wiary apo­sto­łów, któ­rzy oddali życie za fakt pustego grobu. Zapra­szam do odsłuchania.

Zmar­twych­pow­stał Pan prawdziwie

W Wielki Pią­tek nie padają słowa o wyda­nym Ciele i Krwi wyla­nej. Litur­gia nie roz­po­czyna się zna­kiem krzyża, a nie nim się koń­czy. Nawet homi­lii nie trzeba mówić. Wszystko opo­wie­dzą znaki. Wszystko zamknie Krzyż.

Patrząc na ptaki, które gdy wzbi­jają się w górę do nieba, krzyż roz­cią­gnąw­szy skrzy­dła, two­rzą, świer­go­cąc coś podob­nego do modli­twy”. Krzyż jak roz­ło­żone bez­rad­nie ręce matki na szpi­tal­nym kory­ta­rzu. Orantka rzu­ca­jąca w niebo pyta­nie „Boże mój, Boże mój cze­muś mnie opu­ścił?” Krzyż jak wezwa­nie imie­nia Bożego anal­fa­bety pod doku­men­tem. Krzyż z drzewa żywota, z urwa­nej gałązki, posa­dzo­nej na gro­bie Abra­hama. Narzę­dzie odrazy, któ­rego nazwy nie można było wyma­wiać w wol­nym mie­ście (nomem ipsum cru­cis absit… Men­tio ipsa indi­gna cive romano atque homine libero est). „Cru­de­lis­si­mum teter­ri­mu­mque sup­pli­cium” napi­sał Cyce­ron. Zazwy­czaj krzyż był niski, aby psy i inne zwie­rzęta z łatwo­ścią mogły szar­pać ciała. Zgor­sze­nie dla Żydów, głup­stwo dla pogan. Od cza­sów Gol­goty, przez gra­fikę ukrzy­żo­wa­nego osła na Pala­ty­nie, po krzyż z puszek po piwie i krzyż opluty, znie­wa­żony w domach gdzie Miłość nie jest kochana. Zna­lazł Bóg takie miej­sce gdzie mógł być ostat­nim, gdzie już nikt mu nie zazdro­ści. To miej­sce i prze­strzeń wypeł­nił krzyk, któ­rego bali się nawet ewan­ge­li­ści. „Cla­ma­vit Jesus voce magna dicens: Eli, Eli lamma Sabac­thani? Hoc est: Deus meus, Deus meus, ut quid dere­li­qu­isti me?” Wszedł w ciem­ność, gubiąc rękę Taty, którą trzy­mał sta­wia­jąc kroki na ziemi. Wola­łem Bara­ba­sza. Bar abba, syn swego ojca i Syn Ojca ska­zany na śmierć. Staje się grze­chem, „cierpi pie­kło wła­snej nieobecności”.

Aby­śmy mieli świa­tło sta­łeś się ślepym.

(…) Aby niebo było naszym, doświad­czy­łeś piekła”.

Pokusa ciała odczu­wana każdą raną i odmie­rzana kro­plami krwi. Pokusa duszy odczu­wana smut­kiem i trwogą. I może naj­gor­sza pokusa ducha odczu­wana bra­kiem Ojca. Wszak kusi­ciel odszedł z pustyni tylko do czasu… Wydany w ręce ludzi. Nie dys­po­nuje już sobą, zma­ni­pu­lo­wany przez wolę innych, zwią­zany powro­zami jak rzecz. Jak «prze­syłka bez adre­sata». Od Anna­sza do Kaj­fa­sza, od Piłata do Heroda. On mil­czał. Nie oskar­żał, przy­jął na sie­bie gniew Boga. Wszystko wchło­nięte przez Miłość i tam zabite na drze­wie. Taki był por­tret umie­ra­ją­cego. Ja nie chcę umie­rać, choć wiem, że jestem na śmierć ska­zany. Tak tkwisz mię­dzy nie­bem i zie­mią bo nie jestem u sie­bie, a niebo jest wciąż daleko. Jesteś sam, ponie­waż kiedy przyj­dzie ostat­nia chwila także zostanę sam. Prze­bity przez linię pio­nową i poziomą. Wszystko bowiem pra­gnę ogar­nąć zasię­giem ramion i wyry­wam się w górę u Tobie. Ta linia prze­cho­dzi przez Twoje serce i roz­cina je. Przy­bity jesteś ponie­waż moja wol­ność złą­czona jest z koniecz­no­ścią. Cie­le­sne obwiesz­cze­nie, znak. Nie tyle cier­piący co bez­ra­dany, wy – dany. Nie mogąc powie­dzieć tego, co pra­gnie powie­dzieć staje się gło­sem tych, któ­rzy nie potra­fią opo­wie­dzieć o wła­snym bólu. „Sens krzyża to fakt, gdzie Bóg jest”.

Tor­tury, jakim pod­da­wana jest ofiara, prze­mie­niają nie­bez­pieczny tłum w widow­nię sta­ro­żyt­nego teatru bądź współ­cze­snego filmu, rów­nie zafa­scy­no­waną krwa­wym wido­wi­skiem, jak dzi­siejsi ludzie hol­ly­wo­odz­kimi hor­ro­rami. Kiedy widzo­wie nasycą się prze­mocą, kiedy – zgod­nie z ter­mi­no­lo­gią Ary­sto­te­lesa – prze­żyją wyima­gi­no­waną bądź praw­dziwą «kathar­sis», wtedy spo­koj­nie wra­cają do swo­ich domów i śpią snem spra­wie­dli­wego”. Patrzy­łem kiedy śpie­wano mękę. Patrzy­łem jak inni patrzą. Koła­tał mi się frag­ment Pisma „A lud stał i patrzył”. W wygod­nych fote­lach sali kino­wej, w wer­sji dolby, z popcor­nem na kola­nach można oglą­dać «Pasję» Gib­sona. W mięk­kich kap­ciach czy­tać mękę Pań­ską. Oglą­dać i czy­tać tylko dla por­no­gra­fii prze­mocy jak w Kolo­seum. Wido­wi­sko dla ludu. Przy dro­dze, aby wszy­scy widzieli, z tytu­łem winy w trzech języ­kach. Mak­sy­malne efekty. A lud stał i patrzył. „Sie­dzimy w ciem­no­ści. Widzimy, lecz nie jeste­śmy widziani. Dzięki temu mamy dostęp do tych sfer życia, które zwy­kle opa­truje się klau­zulą pry­wat­no­ści. Po ciemku patrzymy jak ludzie upra­wiają miłość i umie­rają, a wszystko poka­zane jest w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach bądź w zwol­nio­nym tem­pie”. Tak można uczest­ni­czyć w Litur­gii Wiel­kiego Piątku, tak można słu­chać Ewan­ge­lii. Z bez­piecz­nej odle­gło­ści, nie wcho­dząc w tekst, nie zaj­mu­jąc pozy­cji, nie zasta­na­wia­jąc się gdzie sto­isz. Czy był­byś zdolny krzy­czeć „Ukrzy­żuj”, „Nie tego, ale Bara­ba­sza”. A lud stał i patrzył naba­wia­jąc się poboż­nej obłudy. Jak dr Jekyll i Mr Hyde. Mr Hyde zaczyna żyć wła­snym życiem. Wydaje się, że jeste­śmy dobrzy, uprzejmi, spra­wie­dliwi, a gdy nikt nie patrzy, gdy zamy­kają się drzwi… „Nie tego, ale Bara­ba­sza”. Lud stał i patrzył mio­tany chwilą i pod­szep­tami syczą­cego głosu. W obli­czu krzyża docie­ramy bowiem do skrzy­żo­wa­nia naszych dróg. Krzyż domaga się decy­zji, to moment sądu (kri­sis). Krzyż, drzewo wyboru, jak druga szansa dla potom­ków Adama i Ewy. Tu Bóg szu­kał i zna­lazł czło­wieka. Sza­leń­stwo Krzyża. Głup­stwo i zgorszenie…

W mroku Wiel­kiego Piątku stoi męż­czy­zna i patrzy na oświe­tloną świa­tłem bramę pie­kła. Nagle widzi dwie posta­cie kobiece, które zbli­żają się do bramy – jedna z nich ma łagodne obli­cze, druga – surowe. To córki Boga: Miło­sier­dzie i Prawda. Miło­sier­dzie mówi, że świa­tło oślepi sza­tana i ludzie prze­by­wa­jący w pie­kle zostaną wyba­wieni z mocy ciem­no­ści. Prawda powiada, że to non­sens – ludzie nie będą zba­wieni. Czyż Hiob nie powie­dział, że nie ma odku­pie­nia w pie­kle? Nagle do obu kobiet dołą­czają ich dwie sio­stry: Spra­wie­dli­wość i Pokój. Męż­czy­zna sły­szy, że Pokój – podob­nie jak wcze­śniej Miło­sier­dzie – mówi o nadziei zba­wieni dla ludz­ko­ści, zaś Spra­wie­dli­wość odzywa się szy­der­czo: «Co? Upi­łaś się albo osza­la­łaś?» Z powodu grze­chu pier­wo­rod­nego – powiada – Adam i Ewa oraz wszy­scy ich potom­ko­wie będą cier­pieć wie­ku­iste męki”.

Nie zro­zu­miem krzyża. Przyj­muję słowa zapi­sane na ścianie:

Wie­rzę w słońce nawet wtedy, gdy nie świeci.

Wie­rzę w miłość nawet wtedy, gdy jej nie czuję.

Wie­rzę w Boga nawet wtedy, gdy milczy”.

Pole­cam:

A. Nowo­wiej­ski, Wykład Litrur­gji Kościoła Kato­lic­kiego, tom I «Wia­do­mo­ści wstępne», część I «O środ­kach roz­wi­nię­cia kultu», War­szawa 1893.

T. Halik, Dotknij ran. Ducho­wość nie­obo­jęt­no­ści, tłum. A. Babu­chow­ski, Kra­ków 2010.

E. Nevell [red.], Sie­dem ostat­nich słów z Krzyża odczy­ty­wane dzi­siaj, tłum. A. Nowak, Kra­ków 2004.

Akt I 

Kathar­sis

W noc, która okre­śla oczekiwanie.

W noc podobną do czasu Wieczernika.

Chcę spo­tkać Źródło mojego kapłań­stwa. Zmie­rzyć się z cza­sem i posta­ciami. Utkać reflek­sję ze strzę­pów wiary, obra­zów i cyta­tów. Dotknę też Kościoła, który kochać mi coraz trudniej.

Kościele mój

Nie chcę ci ciążyć

gwał­tow­no­ścią słów

mędr­ko­wa­niem próżnym

plot­kar­stwem wzgardliwym

lub spoj­rze­niem krzywym

pod adre­sem two­ich kulejących

sług

Tyś jest mi Matką

a matkę sza­nuję

i z bólem spoglądam

kiedy kaszle chora

albo pada z nóg”

Jak mówić, by nie stać się pro­ro­kiem roz­pa­czy? Jak czuć z Kościo­łem i kochać wraz z Nim i pośrodku Niego?

Jak żyć, by prze­żyć god­nie odrobinę

Wro­giego czasu.

Jak żyć, by nie złamać

Twego imie­nia -

Ja, cel­nik, który kiedyś

Będę Cię bła­gał o kromkę wieczności

Jak o kromkę chleba”.

Niech więc noc będzie mi odbi­ciem Pisma. Zaglą­dam mię­dzy wier­sze Wiel­kiego Czwartku. Szu­kam sie­bie w twa­rzach i gestach. Każdy niech zrobi rachu­nek sumie­nia, zanim uca­łuje kapłań­skie dłonie.

Żywe jest Słowo bo opi­suje dzi­siej­szą noc nachy­le­nia się nad kapłaństwem.

Akt II

Kapłan

Jeru­za­lem. Mamy wol­ność kultu, mówią uczeni w Piśmie. Mimo nie­sprzy­ja­ją­cych warun­ków jest rów­no­waga. Oni nie wcho­dzą na nasz teren, my respek­tu­jemy zasady współ­ży­cia. Żadna ze stron nie jest w pełni usa­tys­fak­cjo­no­wana, ale nie naru­szamy sta­tus quo.

Herod zbiera uczo­nych arcy­ka­pła­nów. Wła­dza nie musi znać się na Piśmie. Wystar­czy klęk­nąć kiedy trzeba, przed wybo­rami popę­dzić do świą­tyni. Potem można zabi­jać, ale to tylko poli­tyka, gra inte­re­sów. Arcy­ka­płani nie zwra­cają uwagi, bo oddają pokłon świę­temu Spo­ko­jowi. Wła­dza cza­sem pyta teo­lo­gów, kiedy to uży­teczne. Oni świet­nie znają Pisma. Wie­dzą gdzie ma naro­dzić się Mesjasz. Około dzie­się­ciu kilo­me­trów od Jero­zo­limy. Cze­kali na Mesja­sza tyle tysięcy lat… I nic.

Zabal­sa­mo­wani, nie­ru­chomi, trwają w praw­dach, któ­rych ich wyuczono. Nie potra­fią wyjść, boją się kon­fron­ta­cji, zmiany. Utkwili w bez­czyn­no­ści, zamknięci w świą­tyni, potra­fili udzie­lać tylko popraw­nych, gład­kich odpo­wie­dzi i zapi­sy­wać je na per­ga­mi­nach paster­skich listów pły­ną­cych ponad gło­wami. Nie docie­rają do stajni.

Wśród nich Kajfasz.

Kefa zna­czy skała, ale kajefa zna­czy depre­sja. Ten, który miał być skałą stał się miej­scem depre­sji. Miał spe­cjalne szaty, był głową kapła­nów. Powi­nien być z rodu Aarona, spra­wo­wać funk­cję doży­wot­nio. Kaj­fasz wie­dział, że od lat wszystko jest nie tak. Tacy jak on byli nomi­no­wani przez wła­dzę pań­stwową. On sam potrfił się usta­wić. Prze­żył Gra­tusa i Piłata. Był bogaty, miał pałac i sługi. Nie roz­po­znał przy­cho­dzą­cego Boga, roz­darł szaty.

Powiedz Kaj­fa­szu, któż ci tak zasło­nił oczy, że nie roz­po­zna­łeś Tego, który poda­ro­wał ci wzrok? Czy to wła­dza arcy­ka­płań­ska ude­rzyła ci do głowy? Czy może teść ode­brał ci wol­ność dostrze­że­nia tego, co jest prawdą? A może układy, w jakie się uwi­kła­łeś, stały się zasłoną, przez którą nie potra­fi­łeś roz­po­znać już nie tylko Boga, ale i czło­wieka? Kto zasło­nił ci oczy – jedyne, które w cza­sach Jezusa miały prawo oglą­dać Święte Świę­tych Boga Izraela?”

Po wszyst­kim nadal spra­wo­wał swą funk­cję, pełny prze­ko­na­nia o jej słuszności.

W jed­nym momen­cie Kaj­fasz dotknie dru­giej postaci noc­nego dramatu…

Akt III

Judasz

Ish-​Karya zna­czy czło­wiek fał­szywy. Tak też można tłu­ma­czyć. Jeden z Dwu­na­stu, skarb­nik, ten, który Go wydał. Czemu nie Mate­usz trzy­mał trzos? Słaby zro­bił inte­res sprze­da­jąc Nauczy­ciela. Wszę­dzie tam gdzie powie­rzony jest trzos, są i Judasze.

Zabie­rać z tacy, co się należy die­ce­zji czy kusto­dii, oszu­ki­wać kurię (…), nie odda­wać pie­nię­dzy za odpra­wie­nie dru­giej mszy świę­tej, nie roz­li­czać się porząd­nie z wła­dzami zakon­nymi, nie ujaw­niać wszyst­kich docho­dów, usta­lać stawki za pogrzeb czy ślub (…). Układy i układziki”.

Tu nie o pie­nią­dze cho­dziło. Mógł prze­cież utar­go­wać wię­cej, albo ucieć z trzo­sem. On oddala się od Miło­ści. Wcho­dzi w mrok. Demon zbliża się nie­po­strze­że­nie, gdy miłość dezer­te­ruje. Judasz staje się samotny, oto­czony nie­uf­no­ścią i chło­dem. Juda­sze rodzą się w zaci­szach cie­płych ple­ba­nii, w któ­rych wszystko roz­grywa się za zamknię­tymi drzwiami; chłód i brak wspar­cia. Zewnętrz­nie wszystko gra, wewnętrz­nie poja­wia się pokusa zdrady. Głosi naukę jako jeden z wybra­nych, ale już w nią nie wie­rzy, udaje kogoś kim nie jest. Zosta­wił wszystko i poszedł z gło­sem Mistrza, aż doszedł do szczytu samot­no­ści. Kry­zys, któ­rego nie oddał Mistrzowi znisz­czył go.

Potem scena umy­cia nóg. Iry­to­wał go gest Marii w Beta­nii. Kobieta u stóp Mistrza. I pogarda gdy widzi Mistrza u swo­ich stóp. Samo­osą­dza­nie przy­po­mina sługę, który zako­pał talent. Ukryć swoje srebr­niki, pod powierzch­nią pychy zako­pać świę­to­kradz­twa. Mimo wszystko Mistrz klęka.

I jego także nogi – owe nogi, które nio­sły Juda­sza do pałacu Kaj­fa­szo­wego – umyte zostały rękoma, które naza­jutrz miano, za sprawą Juda­sza, przy­bić gwoźdźmi do krzyża”.

Jezus klęka przed błę­dem, Bóg zsyła deszcz na spra­wie­dli­wych i nie­spra­wie­dli­wych. Judasz nie ma tyle odwagi, by odejść. Izo­luje się, aby wró­cić w Ogro­dzie Oliw­nym, gdzie jego zdrada jest już widoczna. Roze­rwany wewnętrz­nie, zde­ma­sko­wany pod­czas Eucha­ry­stii. Pokaż mi jak odpra­wiasz mszę, a powiem ci jaka jest wiara twoja…

Tu nastę­puje oscu­lum, tak nazwano kie­dyś Eucha­ry­się. „Poca­łu­nek w któ­rym umarła miłość”. Codzien­nie na ołta­rzach świata skła­damy poca­łunki pełne zdrady i śmierci. Cza­sem sły­chać tylko echo słów: „Przy­ja­cielu, po coś przyszedł?”

Tylko powie­dział, poka­zał. Tylko współ­pra­co­wał, pisał donosy, zała­twiał pro­blemy przez prasę, a nie w cztery oczy. Plotki i obga­dy­wa­nie. Aby zło­żyć poca­łu­nek na czy­imś policzku, nie trzeba kochać, wystar­czy zawiść.

Giotto przed­sta­wił zawiść. W pło­mie­niu co zżera, z żądzą posia­da­nia ściska­jąc sakiewkę, pod­czas gdy prawa ręka jak wąż roz­chyla pasz­czę w geście się­ga­nia po cudze. Wąż wypełza, wycho­dzi ustami, wcho­dzi do oczu zatru­wa­jąc jadem wzrok. „Zawiść ma oczy, ale nie widzi; ma uszy, ale nie sły­szy, wręcz zło­śli­wie pod­słu­chuje, słu­cha by znie­kształ­cić, uderzyć”.

Znie­kształ­cony poca­łu­nek. Fałsz w sło­wach, zna­kach, gestach.

Narze­czeni mówią w kan­ce­la­rii przed ślubem, że w pełni się zga­dzają z nauką Kościoła. Rów­nież i tą na temat antykoncepcji…

Pro­boszcz dzię­kuje kazno­dziei za piękne kaza­nie na odpu­ście (a połowa kościoła spała)…

Ludzie śpie­wają «Liczę na Cie­bie, Ojcze», a i tak każdy liczy tylko na siebie… (…)

Ten został kano­ni­kem, bo dach na kościele poma­lo­wał (to znak, że trosz­czy się o dobro Kościoła), a drugi nie zosta­nie, bo tylko spowiada… (…)

Nie śpie­waj, Juda­szu, «wszystko Tobie oddać pra­gnę», skoro nie pragniesz…”

Fałsz. Zgiełk, ruch od pra­wej do lewej. Judasz ściska Jezusa, przy­ciąga Go i całuje. Mistrz nad­sta­wia lewy poli­czek. Spoj­rze­nie Mistrza wykra­cza poza obraz.

On patrzy na mnie…

Ciem­ność, wszystko odbywa się w nocy. Gwał­tow­ność i cię­żar Juda­sza wydają się miaż­dżyć Jezusa jak grzech. Cen­trum świata jest spy­chane na bok. Fala ude­rza o Mistrza, nastą­piło „pano­wa­nie ciem­no­ści”. Poca­łu­nek Juda­sza jak uką­sze­nie węża. Twa­rze żołnie­rzy ukryte w zbro­jach, obro­śnięte i zakryte grze­chem. Jezus zasła­nia cia­łem ucznia, który ucieka.

Pozwól­cie tym odejść”.

Dło­nie sple­cione, jakby nie skoń­czył jesz­cze modlitwy.

Tunika w kolo­rze krwi i ognia miło­ści. Szata ogar­nia ucie­ka­ją­cego ucznia i Juda­sza. Nikt nie jest poza Miłością…

Twarz Mistrza jest w pełni widoczna, reszta pozo­staje w cie­niu, unika świa­tła, roz­pływa się w ciem­no­ści. Uczeń ucieka. Nie trzeba czy­nić zła, aby przy­kła­dać do niego rękę.

Judasz zro­bił inte­res. Zahan­dlo­wał wol­no­ścią z uczo­nymi w Pra­wie. Nie­wiele warte jest sumienie.

Co nas obcho­dzi Pan Bóg? Boga nie widzimy, nie daje nam jedze­nia, nie zapew­nia nam roz­rywki, nie nadaje naszemu życiu sensu. Trzy­dzie­ści srebr­ni­ków. I nie mamy siły by je zacho­wać. Idą sobie, ponie­waż gdy sumie­nie nie jest spo­kojne, rów­nież pie­nią­dze stają się udręką”.

Żało­wał, zwró­cił pie­nią­dze, ale wszystko za ple­cami Jezusa.

Bój się Boga zanim popeł­nisz grzech, a nie po grze­chu. Po grze­chu bój się samego siebie…”

Judasz nie powie­sił się na drze­wie. On zawisł na kościel­nych pul­pi­tach, scho­wał się w kasach pan­cer­nych na ple­ba­nii, sie­dzi w kie­sze­niach pro­bosz­czów. Jest na ustach zakon­nic kocha­ją­cych wojny (…)”.

Jezus był nie tylko zdra­dzony, ale i sprze­dany, zdra­dzony za cenę umó­wioną, sprze­dany za niską cenę, prze­han­dlo­wany za bie­żącą monetę. Stał się przed­mio­tem wymiany; towa­rem zapła­co­nym i dorę­czo­nym. Judasz, ów czło­wiek trzosa, czło­wiek kasy, przed­sta­wił się nie tylko, jako sie­pacz, ale i jako han­dlarz, jako han­dlarz krwi. Żydzi, któ­rzy znali się na krwi, codzienni zabi­ja­cze i ćwiar­tow­nicy ofiar, rzeź­nicy Naj­wyż­szego, byli pierw­szymi, i byli ostat­nimi sta­łymi klien­tami Juda­sza. Zaprze­da­nie Jezusa było pierw­szym inte­re­sem tego zaim­pro­wi­zo­wa­nego han­dla­rza: było inte­re­sem nędz­nym, co prawda, lecz, bądź co bądź, było istotna i wła­ściwą trans­ak­cją kupiecką, rze­czy­wi­stym aktem kupna-​sprzedaży, umową słowną, lecz uczci­wie przez kon­tra­hen­tów speł­nioną. (…) Atoli sprze­dano go tak, jak jagnię sprze­daje się rzeź­ni­kowi; jak nie­winne jagnię, które rzeź­nik kupuje na zabi­cie, aby je roz­sprze­dać na sztuki, aby je roz­dzie­lić kawał­kami mię­dzy spo­ży­wa­ją­cych mięso. Święty rzeź­nik Kaifasz nigdy, w swo­ich naj­piek­niej­szych cza­sach, nie dostał do rąk ofiary rów­nie nie­zmie­rzo­nej. Od lat bez mała dwóch tysięcy chrze­ści­ja­nie Ofiarę tę poży­wają, a prze­cież wciąż pozo­staje ona nie­tknięta, i spo­ży­wa­jący wciąż są nie­na­sy­ceni. Każdy z nas zło­żył pewną kwotę, pewną drob­niutką kwotę, aby nabyć od Juda­sza tę ofiarę – nie­spo­żytą. Wszy­scy zło­ży­li­śmy się pospołu na tę sumę widzialną, jaką kosz­to­wała krew Oswo­bo­dzi­ciela: Kaj­fasz był tylko naszym peł­no­moc­ni­kiem. Pole Acel­dama, nabyte za tę sumę, pole, nabyte za cenę owej krwi, stało się naszym dzie­dzic­twem, jest nasza wła­sno­ścią. I pole to roz­ro­sło się tajem­ni­czo, roz­sze­rzyło się tak, że obec­nie obej­muje pół świata: całe mia­sta, mia­sta ludne, muro­wane, ilu­mi­no­wane, zamia­tane, mia­sta, pełne skle­pów i bur­deli, jaśnieją na niem od strony pół­noc­nej do połu­dnio­wej. I aby to pole sta­wało się coraz więk­sze, rów­nież i srebr­niki Juda­szowe, mno­żąc się wsku­tek zdrad, powta­rza­nych wie­kami, wsku­tek zawie­ra­nych inte­re­sów coraz nowych, a na domiar, wsku­tek rosną­cych stąd pro­cen­tów, roz­ro­dziły się w nie­skoń­czo­ność. Dziś – mogą o tym zaświad­czyć buchal­te­rzy, ci praw­dziwi naszych cza­sów wieszcz­bia­rze – wszyst­kie nawy i dzie­dzińce Świą­tyni nie zdo­ła­łyby pomie­ścić w sobie monet, jakie roz­mno­żyły się po dziś dzień z owych Trzy­dzie­stu, które cisnął na pod­łogę osza­lały ze zgry­zoty Judasz: czło­wiek, kótry sprze­dał swego Boga”.

Akt IV

Epi­log

Zbliża się świt. Świa­tło odsłoni dzień i zdrada wyj­dzie na jaw. Wszystki fał­szywe poca­łunki skła­dane na kapłań­skich rękach i dło­niach bisku­pów w Wielki Czwar­tek. Pod­czas dzi­siej­szych życzeń Jezus zosta­nie sam w ciem­nicy. Psze­nica i chwast będą rosnąć razem.

Ileż to razy chcie­li­smy, aby Bóg oka­zał się sil­niej­szy. Aby zde­cy­do­wa­nie ude­rzył, znisz­czył zło, i stwo­rzył lep­szy świat. (…) Cier­pimy z powodu cier­pli­wo­ści Boga. Tym­cza­sem wszy­scy potrze­bu­jemy Jego cier­pli­wo­ści”. (Bene­dykt XVI)

Do cie­bie mówię, człowieku,

Mężu ciem­no­ści.

Jesteś zwier­cia­dłem czasu,

Powtó­rze­niem dawno umar­łej ludzkości.

I nad tobą, na pogo­rze­li­sku two­jego ciała,

Będę spra­wo­wał sąd na ziemi pustej,

Na miej­scu stra­chu i głę­bo­kiej rozpaczy,

Wśród ano­ni­mo­wych wulkanów.

Przyjdę od pustyni, od wnę­trza domów,

Od wschodu i zachodu, pół­nocy i południa,

W czer­wo­nej sza­cie, jak robt­nik w tłoczni wina,

Zgięty pod cię­ża­rem wła­snej krwi.”

Warto zaj­rzeć:

A. Pela­now­ski, Odej­ścia, Kra­ków 2008.

S. Ste­van, Judasz. Miste­rium zdrady, tłum. B. Boche­nek, Kra­ków 2007.

W. Węgrzy­niak, Twa­rzą w twarz z ukrzy­żo­wa­nym. Jero­zo­lim­skie kaza­nia pasyjne, Kra­ków 2010.

P. Cur­taz, Mały Bóg w wiel­kim mie­ście, tłum. K. Stopa, Kar­ków 2010.

B. Giemza, Rachu­nek sumie­nia Kościoła w świe­tle Apo­ka­lipsy, Kra­ków 2010.

R. Brand­sta­et­ter, Księga modlitw, Kra­ków 2003.

W krót­kiej prze­rwie mię­dzy szkołą a kon­fe­sjo­na­łem kilka cyta­tów tych zosta­wiam. W ramach wstępu chciał­bym przy­po­mnieć, że słowa te opu­bli­ko­wano 15 X 1890 roku. Wszel­kie podo­bień­stwo do osób i sytu­acji zna­nych z cza­sów dzi­siej­szych jest zamierzone.

Sys­tem ten nie jest nowy lecz nowa jest zuchwa­łość, zacię­tość i szyb­kość, z jaką jest realizowany“.

Zaczęło się od znie­sie­nia z moty­wów poli­tycz­nych cywil­nej wła­dzy papieży (…)“.

Póź­niej roz­sze­rzono rów­nież na kle­ry­ków obo­wią­zek służby woj­sko­wej, co spo­wo­do­wało jako nie­unik­nioną kon­se­kwen­cję poważne i liczne trud­no­ści z nabo­rem i odpo­wied­nim kształ­ce­niem także ducho­wień­stwa świec­kiego. Poło­żyli rękę na dzie­dzic­twie Kościoła, kon­fi­sku­jąc je w czę­ści cał­ko­wi­cie, czę­ściowo zaś przy­gnia­ta­jąc je ogrom­nymi cię­ża­rami w celu zubo­że­nia ducho­wień­stwa i Kościoła oraz pozba­wie­nia go środ­ków potrzeb­nych do życia i pro­wa­dze­nia dzieł wspo­ma­ga­ją­cych jego Boskie apostolstwo. (…)“

Z dru­giej strony dzia­łal­ność pań­stwa zmie­rza cał­ko­wi­cie do usu­nię­cia z życia narodu cech reli­gij­nego i chrze­ści­jań­skiego cha­rak­teru; z pra­wo­daw­stwa i z całej sfery ofi­cjal­nych sto­sun­ków eli­mi­nuje się sys­te­ma­tycz­nie, wszel­kie objawy i kon­cep­cje reli­gijne, jeżeli nie docho­dzi wprost do prze­śla­do­wań; publiczne prze­ja­wia­nie poboż­no­ści i wiary kato­lic­kiej jest zabro­nione lub utrud­nione na tysiąc spo­so­bów pod bła­hymi pozorami“.

Rodzi­nie ode­brano jej pod­stawę i reli­gijny cha­rak­ter przez wpro­wa­dze­nie tego, co nazy­wają mał­żeń­stwem cywil­nym oraz naucza­nie, które ma być cał­ko­wi­cie świec­kie od samych począt­ków aż po wykształ­ce­nie wyż­sze na uniwersytetach (…)“.

Przy­pie­czę­to­wa­niem tych poczy­nań są jesz­cze bar­dziej wyraźne oświad­cze­nie wyda­wany publicz­nie przez sto­ją­cych na czele rządu, które można stre­ścić nastę­pu­jąco: praw­dziwa i rze­czy­wi­sta walka, któ­rej pod­je­cie jest zasługą rządu, toczy się mię­dzy wiarą i Kościo­łem z jed­nej strony oraz wol­no­ścią badań i rozu­mem z dru­giej. Gdy Kościół stara się po pro­stu reago­wać, poczy­tuje się to za ponowne krę­po­wa­nie rozumu i wol­no­ści myśli oraz domi­na­cji. Rząd zaś dekla­ruje się zaś w tej walce po stro­nie rozumu prze­ciwko wie­rze i przy­pi­suje sobie jako wła­ściwe zada­nie dopro­wa­dze­nie do tego, by pań­stwo wło­skie było oczy­wi­stym wyra­zem tego rozumu i wol­no­ści; smutne to zada­nie, które usły­sze­li­śmy nie­dawno, gdy zostało sfor­mu­ło­wane zuchwale przy podob­nej okazji“.

Jeśli cho­dzi o lud kato­licki, to przede wszyst­kim należy go poin­for­mo­wać o praw­dzi­wym sta­nie rze­czy we Wło­szech a wła­ści­wie o sytu­acji reli­gii, o czy­sto reli­gij­nym cha­rak­te­rze walki pro­wa­dzo­nej we Wło­szech prze­ciwko Naj­wyż­szemu Paste­rzowi oraz o praw­dzi­wym celu, do któ­rego się stale dąży tak, by stały się dla niego oczy­wi­ste fakty o tym, jakie zasadzki zasta­wia się dla jego reli­gii i by prze­ko­nał się, jakie nie­bez­pie­czeń­stwo zagraża mu z powodu ogra­bie­nia z nie­oce­nio­nego skarbu wiary“.

Niech rozu­mieją też bez trud­no­ści; że jest to czas zacię­tej i otwar­tej walki, nie­go­dzi­wo­ścią byłoby opusz­czać obóz i cho­wać się. Jego obo­wiąz­kiem jest pozo­sta­wa­nie na sta­no­wi­sku, poka­zy­wa­nie z otwar­tym obli­czem, że jest się praw­dzi­wym kato­li­kiem z prze­ko­na­nia i czynu zgod­nego z wiarą i to na cześć tej wiary oraz na chwałę naj­wyż­szego Wodza, za któ­rego sztan­da­rami idą, by nie doznać naj­wyż­szej hańby odrzu­ce­nia i nie­uzna­nia za swo­ich w dzień osta­teczny przez naj­wyż­szego Sędziego, który oświad­czył, że kto nie jest z Nim, jest prze­ciwko Niemu“.

Ponie­waż głów­nym narzę­dziem, któ­rym posłu­gują się nie­przy­ja­ciele jest prasa inspi­ro­wana i utrzy­my­wana w dużej czę­ści przez nich, trzeba, by kato­licy prze­ciw­sta­wili złej pra­sie dobrą przez obronę prawdy, ochronę reli­gii i zacho­wa­nie praw Kościoła. Jak zada­niem prasy kato­lic­kiej jest obna­ża­nie per­fid­nych zamie­rzeń sekt, wspo­ma­ga­nie i włą­cza­nie się do dzia­ła­nia świę­tych paste­rzy, obrona i roz­wi­ja­nie kato­lic­kich dzieł, tak też obo­wiąz­kiem wier­nych jest sku­teczne utrzy­my­wa­nie jej, odma­wia­jąc lub wyco­fu­jąc wszel­kie uzna­nie dla prze­wrot­nej prasy lub przy­czy­nia­jąc się bez­po­śred­nio, każdy w miarę swo­ich moż­li­wo­ści, do jej żywot­no­ści i pomyśl­no­ści; sądzimy, że w tej spra­wie nie zro­biono dosta­tecz­nie dużo we Włoszech“.

Leon XIII, „Dall» Alto“, o woj­nie wyda­nej Kościo­łowi, 15 X 1890r.

Zapach nardu

Posted by: xTom in Ewangelia No Comments »

Na sześć dni przed Pas­chą Jezus przy­był do Beta­nii, gdzie miesz­kał Łazarz, któ­rego Jezus wskrze­sił z mar­twych. Urzą­dzono tam dla Niego ucztę. Marta posłu­gi­wała, a Łazarz był jed­nym z zasia­da­ją­cych z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szla­chet­nego i dro­go­cen­nego oleju nar­do­wego i nama­ściła Jezu­sowi nogi, a wło­sami je otarła. A dom napeł­nił się wonią olejku.

Na to rzekł Judasz Iska­riota, jeden z uczniów Jego, ten, który Go miał wydać: „Czemu to nie sprze­dano tego olejku za trzy­sta dena­rów i nie roz­dano ich ubo­gim?“ Powie­dział zaś to nie dla­tego, jakoby dbał o bied­nych, ale ponie­waż był zło­dzie­jem, i mając trzos wykra­dał to, co składano.
Na to Jezus powie­dział: „Zostaw ją! Prze­cho­wała to, aby Mnie nama­ścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubo­gich zawsze macie u sie­bie, ale Mnie nie zawsze macie“.
Wielki tłum Żydów dowie­dział się, że tam jest; a przy­byli nie tylko ze względu na Jezusa, ale także by ujrzeć Łaza­rza, któ­rego wskrze­sił z mar­twych. Arcy­ka­płani zatem posta­no­wili stra­cić rów­nież Łaza­rza, gdyż wielu z jego powodu odłą­czyło się od Żydów i uwie­rzyło w Jezusa.
Na sześć dni. Zanim Bóg odpo­czął w cie­niu śmierci. Przy­szedł do Beta­nii. W cza­sie uczty Marta nadal nie rozu­miała gdzie leży naj­lep­sza cząstka. Jedli, pili i tylko Łazarz patrzył w oczy Mistrza i widział wię­cej. Nic nie mówił, ten który był tam dokąd Jezus zmie­rzał. Maria nama­ściła stopy Mistrza, na pogrzeb to uczy­niła. Aż dom napeł­nił się wonią miło­ści pada­ją­cej do stóp. Nie wytrzy­mał go Judasz nio­sący fetor zdrady. Poru­szył się w fał­szy­wym geście niczym Ci, któ­rzy obru­szają się na piękno kościo­łów, rów­no­cze­śnie krad­nąc ze wspól­nego trzosu. Woń nardu wypeł­niła dom. Mie­szała się z mirrą i deli­kat­nym uśmie­chem Łaza­rza, który był pewien ramion cze­ka­ją­cych po dru­giej stro­nie i nic nie robił sobie z wyro­ków wyda­nych na niego przez faryzeuszy.