Jezus przeprawił się na drugi brzeg. To wyprawa po człowieka. Po człowieka, który jest zniewolony, przykuty; zewnetrznie i wewnętrznie, który mieszka w przeklętej ziemi pogan. Taka jest miłość Boga do człowieka dotkniętego wewnętrznym umieraniem. Bóg przychodzi gdy człowiek już nie potrafi sam sobie pomóc, w całkowitej bezradności. Ludzie zniewalali opętanego, bali się go. On rozrywał łańcuchy, ale z własnym sercem nie potrafił sobie poradzić. Opętany krzyczał. To krzyk utraconej wolności, godności. Ludzie bali się tego krzyku. A Bóg usłyszał: „Ratuj mnie!“. Kiedy nie widać sensu, kiedy już nie ma siły, kiedy po prostu się nie chce. Bóg przeprawia się na drugi brzeg. Krzyk udręczenia, śmierci, samotności przyzywa Boga. Nieczysty jest tam gdzie cuchnie; „mieszkał w grobach“. Popychany przez swój stan by zobaczyć to, co się w nim rozkłada. Nieczystość grzebiąca życie, sens. Nawet ten rozkład i rozpacz nie były silniejsze niż pragnienie Boga; opętany wybiegł Bogu naprzeciw. To nasza część drogi, którą musimy przejść by spotkać Boga przybijającego do brzegów naszej duszy. „Czego chcesz od nas Jezusie?“ Nie wiesz czego Jezus od ciebie chce? I jeszcze jedno: „Nie dręcz mnie“. Bóg może stać się udręką. Przypomina przecież pierwotne powołanie i ostateczne przeznaczenie. Więc czego chcesz ode mnie Jezusie?
Jeśli chcesz.…
Każdy czas ma swoich trędowatych. Każda epoka ma swój margines niedotykalnych i wzgardzonych. Jezus dotyka w Tobie to wszystko co niedotykalne, co odrzucone. Dotyka uzdrowieniem Twoich wspomnień, Twojego poranionego dzieciństwa. Dotyka całego Twojego odrzucenia, sam stając się pierwszym odrzuconym. On wprowadza trędowatego na powrót do miasta, sam będąc wyrzuconym poza jego granice.
Jeśli chcesz.…
Tu spotykają się dwa pragnienia. Bóg, który nie brzydzi się człowieka i chce być naszym uzdrowieniem i człowiek który cierpi na jakiś niedowład duszy. „Stara legenda opowiada, że ptaki pierwszego dnia po stworzeniu zapragnęły mieć przyjaciół. Słyszały już o stworzeniu ryb, poszły więc nad jezioro, ale żadnej ryby nie zauważyły. Stały zatem zmartwione nad brzegiem, a wiatr rozwiewał ich piękne pióra, one zaś dreptały w miejscu. Zawiedzione były także swoim wyglądem. „Po co nam te śmieszne dodatki przyczepione do pleców?” — pytały. Wtedy to Bóg stworzył „różne rodzaje dzikich zwierząt, bydło i wszelkie zwierzątka naziemne”. Zwierzęta z radości zaczęły skakać i biegać. Ptaki były bardzo niezadowolone i miały pretensje do Pana Boga, że innym dał po cztery nogi, a im dostały się tylko dwie. Ogarnęła je zazdrość. Zadrościły zwierzętom wszystkiego: nóg, radości, wyglądu. Miały za złe, że swoimi śmiesznie sterczącymi na wietrze piórami tak bardzo różnią się od innych zwierząt. Wtem powiał jeszcze silniejszy wiatr. Najmniejszy z ptaków stracił równowagę. Rozpaczliwym gestem rozłożył skrzydła i nagle poczuł, że unosi się w powietrze. „Cud, cud” — zaczęły wołać pozostałe ptaki i jeden po drugim, naśladując go, rozpostarły skrzydła i za chwilę wszystkie uniosły się w przestworza…“
Jeśli chcesz…
Nadzieja jest mierzona przestrzenią wyciągnietej ręki.
Czemu tak niewiele osób czeka na Słowo? Nikt nie czeka na słowo trubadurów, filozofów, nikt nie wychodzi na Agorę i Forum. Czemu rozmowa przy świątecznym stole to już rzadkość? Może słowo ludzkie uległo erozji, banalizacji, infalcji, tak bardzo że życzenia wolimy wysłać smsem niż zadzwonić. A co ze Słowem, które staje się ciałem? Tyle wieków walki o to by Słowo bylo obecne w ludzkich domach. Smutny jest widok gdy chodzę po kolędzie. Pytam: „A mają Państwo Pismo Święte?“ I zaczyna sie poszukiwanie. „No gdzieś tu było“, „Może tam?“. samotne Słowo, które nie stało sie ciałem. W tym domu nie było Bożego narodzenia, myślę sobie. Potem znajdują egzemplarz. Wetknięty między inne. Czysty, nie używany, zakurzony egzemplarz Słowa. I tu też Bóg się nie narodził, mimo kolęd i pasterki. Bóg narodził się mały, bezdomny i bezbronny, nikt go nie chciał. Nikt nie potrzebował takiego Boga. On tylko leży i płacze — jak dziecko. Tak leży i płacze bezdomna, niepotrzebna nikomu Biblia. Leży i płacze, bo Bóg wciąż mówi, wypowiada Słowo, a ciałem się staje w tak niewielu duszach. A Miłość jest wciąż pisana Słowem.
Od początku Dziecko z Betlejem jest Barankiem jakby zabitym. Żyje w oskarżeniu matek, w ciągłym pytaniu dlaczego? po co ta ofiara? Cień krzyża poszerza się. Oskarżenie w samym środku Bożego narodzenia. Płacz matek, który bedzie słyszał aż do owego popołudnia gdy sam stanie się solidarny z bólem matek betlejemskich, kiedy odpowie z wysokości krzyża „Boże mój, Boże mój czemuś mnie opuścił?“
Bóg człowiek, pracował ludzkimi rękoma, myslał ludzkim umysłem, działał ludzka wolą, a przede wszystkim kochał ludzkim sercem. To znak, że nasza natura jest w stanie niejako pomieścić Boga samego. Nasze myśli, działanie i nasza miłość nie umierają w skurczonym sercu, ale otwieraja się na nieskończone bo boskie horyzonty. A dziś ten słodki ton kolęd zostaje przewany przez krew pierwszego męczennika Szczepana. Wiar bowiem ma swoje konsekwencje. Jeśli w małżeństwie pojawia sie dziecko, to dezorgnizuje ono całe życie rodziny. Kiedy przychodzi Bóg człowiek z twarzą Dziecka to też trudno przejść obok Niego obojętnie. Jeśli obok żłóbka przechodzimy obojetnie to znaczy to, że z naszej wiary pozostała forma, jakaś religijność, że nasza wiara przekazywana z dziada pradziada ma tak naprawdę wiecej wspólnego dziadostwem, a nasze poranne paciorki mają więcej wspolnego z paciorkowcem, ktory drąży pusta formę religijności. On wzywa do świadectwa. Co trzy minuty ginie za wiarę jeden chrześcijanin. A nasza wiara rozpoczyna się za drzwiami kościoła. Łatwo buddyścia postawić na biurku w pracy posążek buddy, łatwo wegetarianom odmówić jedzenia mięsa. A katolicy się wstydzą, bo nie wypada, bo co inni pomyślą. Boimy się żeby inni nie obnażyli naszej pustej pobożności konfrontując nas z naszym życiem. Tu potrzeba nawrócenia serca. Najsmutniejsze z mojego krótkiego kapłaństwa nie jest to że my ludzie grzeszymy, ale to że ktoś grzeszy w kwietniu w okolicach Wielkiej nocy, a spowiada się w grudniu przed Bożym narodzeniem. Martyr tzn świadek, świadek wiary rozpoczynającej się poza drzwiami kościoła.




