Klik­nij by powiększyć

Jeśli chcesz.…

Każdy czas ma swo­ich trę­do­wa­tych. Każda epoka ma swój mar­gi­nes nie­do­ty­kal­nych i wzgar­dzo­nych. Jezus dotyka w Tobie to wszystko co nie­do­ty­kalne, co odrzu­cone. Dotyka uzdro­wie­niem Two­ich wspo­mnień, Two­jego pora­nio­nego dzie­ciń­stwa. Dotyka całego Two­jego odrzu­ce­nia, sam sta­jąc się pierw­szym odrzu­co­nym. On wpro­wa­dza trę­do­wa­tego na powrót do mia­sta, sam będąc wyrzu­co­nym poza jego granice.

Jeśli chcesz.…

Tu spo­ty­kają się dwa pra­gnie­nia. Bóg, który nie brzy­dzi się czło­wieka i chce być naszym uzdro­wie­niem i czło­wiek który cierpi na jakiś nie­do­wład duszy. „Stara legenda opo­wiada, że ptaki pierw­szego dnia po stwo­rze­niu zapra­gnęły mieć przy­ja­ciół. Sły­szały już o stwo­rze­niu ryb, poszły więc nad jezioro, ale żadnej ryby nie zauwa­żyły. Stały zatem zmar­twione nad brze­giem, a wiatr roz­wie­wał ich piękne pióra, one zaś drep­tały w miej­scu. Zawie­dzione były także swoim wyglą­dem. „Po co nam te śmieszne dodatki przy­cze­pione do ple­ców?” — pytały. Wtedy to Bóg stwo­rzył „różne rodzaje dzi­kich zwie­rząt, bydło i wszel­kie zwie­rzątka naziemne”. Zwie­rzęta z rado­ści zaczęły ska­kać i bie­gać. Ptaki były bar­dzo nie­za­do­wo­lone i miały pre­ten­sje do Pana Boga, że innym dał po cztery nogi, a im dostały się tylko dwie. Ogar­nęła je zazdrość. Zadro­ściły zwie­rzę­tom wszyst­kiego: nóg, rado­ści, wyglądu. Miały za złe, że swo­imi śmiesz­nie ster­czą­cymi na wie­trze pió­rami tak bar­dzo róż­nią się od innych zwie­rząt. Wtem powiał jesz­cze sil­niej­szy wiatr. Naj­mniej­szy z pta­ków stra­cił rów­no­wagę. Roz­pacz­li­wym gestem roz­ło­żył skrzy­dła i nagle poczuł, że unosi się w powie­trze. „Cud, cud” — zaczęły wołać pozo­stałe ptaki i jeden po dru­gim, naśla­du­jąc go, roz­po­starły skrzy­dła i za chwilę wszyst­kie unio­sły się w przestworza…“

Jeśli chcesz…

Nadzieja jest mie­rzona prze­strze­nią wycią­gnie­tej ręki.

Za cza­sów Heroda, króla Judei, żył pewien kapłan, imieniem Zacha­riasz, z oddziału Abia­sza. Miał on żonę z rodu Aarona, a na imię było jej Elż­bieta. Oboje byli spra­wie­dliwi wobec Boga i postę­po­wali nie­na­gan­nie według wszyst­kich przy­ka­zań i prze­pi­sów Pań­skich. Nie mieli jed­nak dziecka, ponie­waż Elż­bieta była nie­płodna; oboje zaś byli już posu­nięci w latach.

Kiedy Zacha­riasz w wyzna­czo­nej dla swego oddziału kolei peł­nił służbę kapłań­ską przed Bogiem, jemu zgod­nie ze zwy­cza­jem kapłań­skim przy­padł los, żeby wejść do przy­bytku Pań­skiego i zło­żyć ofiarę kadze­nia. A cały lud modlił się na zewnątrz w cza­sie kadze­nia. Naraz uka­zał mu się anioł Pań­ski, sto­jący po pra­wej stro­nie ołta­rza kadze­nia. Prze­ra­ził się na ten widok Zacha­riasz i strach padł na niego.
Lecz anioł rzekł do niego: „Nie bój się, Zacha­ria­szu; twoja prośba została wysłu­chana: żona twoja Elż­bieta uro­dzi ci syna, któ­remu nadasz imię Jan. Będzie to dla cie­bie radość i wesele; i wielu z jego naro­dze­nia cie­szyć się będzie. Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napeł­niony będzie Duchem Świę­tym. Wielu spo­śród dzieci Izra­ela nawróci do Pana, Boga ich; on sam pój­dzie przed Nim w duchu i mocy Elia­sza, żeby serca ojców nakło­nić ku dzie­ciom, a nie­po­słusz­nych do uspo­so­bie­nia spra­wie­dli­wych, by przy­go­to­wać Panu lud dosko­nały“. Na to rzekł Zacha­riasz do anioła: „Po czym to poznam? Bo ja jestem już stary i moja żona jest w pode­szłym wieku“.
Odpo­wie­dział mu anioł: „Ja jestem Gabriel, który stoję przed Bogiem. A zosta­łem posłany, aby mówić z tobą i oznaj­mić ci tę wieść rado­sną. A oto będziesz niemy i nie będziesz mógł mówić aż do dnia, w któ­rym się to sta­nie, bo nie uwie­rzy­łeś moim sło­wom, które się speł­nią w swoim czasie“.
Lud tym­cza­sem cze­kał na Zacha­ria­sza. I dzi­wił się, że tak długo zatrzy­muje się w przy­bytku. Kiedy wyszedł, nie mógł do nich mówić i zro­zu­mieli, że miał widze­nie w przy­bytku. On zaś dawał im znaki i pozo­stał niemy. A gdy upły­nęły dni jego posługi kapłań­skiej, powró­cił do swego domu. Potem żona jego, Elż­bieta, poczęła i pozo­sta­wała w ukry­ciu przez pięć mie­sięcy i mówiła: „Tak uczy­nił mi Pan wów­czas, kiedy wej­rzał łaska­wie i zdjął ze mnie hańbę w oczach ludzi“.

Zacha­riasz zna­czy Jahwe pamięta. Co za iro­nia. Czyżby jed­nak Jahwe zapo­mniał? Jest stary, zre­zy­gno­wany, żyje w nie­ustan­nym prze­kleń­stwie; nie ma syna. To nawet wygodne. Zamknąć się w sobie, nie mówić. To te wszyst­kie nasze ciche dra­maty, bole­sne pyta­nia, które z cza­sem cichną; zamy­kamy się w sobie mil­czymy, sta­jemy się niemi. Zacha­riasz to też mimo wszystko czło­wiek nadziei, który mimo odrzu­ce­nia zanosi prośby do tej nadziei, która umiera już w jego sercu. I do tej nadziei zapu­kał Bóg. Wkro­czył w serce mar­twego Zacha­ria­sza. Stary kapłan nie uwie­rzył. Upły­wa­jące lata wytwo­rzyły w nim mecha­nizm obronny, żeby nie zwa­rio­wać. Nie można zaufać nadziei. Czy na pewno? Jak to się sta­nie? A Bóg się nie zraża skur­czoną nadzieją Zacha­ria­sza. I jesz­cze te bole­sne słowa „w swoim cza­sie“. Bóg zna czas i porę. Zacha­riasz zamilkł. Nie musiał już się tłu­ma­czyć, nie musiał wyja­śniać tego co się wyda­rzyło, żeby nie wysta­wiać na kolejną próbę doga­sa­ją­cej nadziei. Są bowiem pyta­nia, które ocze­kują wypeł­nie­nia. Jest cisza doj­rze­wa­nia do odpo­wie­dzi, cisza prze­siąk­nięta ocze­ki­wa­niem. Czemu Bóg jest tak deli­katny? Może dla­tego, żeby nas nie wystra­szyć, żeby nas nie przy­mu­sić do miło­ści. A kiedy już przy­cho­dzi, przy­cho­dzi jako bez­silny Bóg, który chce by się nad Nim pochylić.

Za notat­kami z reko­lek­cji dominikańskich